Zaszczepiona

po raz drugi. Za pierwszym razem do szczepienia dałam prawe ramię, które bolało i nosiłam w nosidełku. Teraz podałam lewe. Wiadomo, prawa ręka jest nam bardziej potrzebna, chociaż i bez lewej pomocniczej byłoby bardzo trudno.

Pierwsza godzina minęła, żadnych złych objawów. Nic się nie działo. Na śniadanko – kanapka z jajkiem i avocado zakupiona w Einstein. Kawę zrobiłam już w domu. Z uwagi, że znów u mnie leje, mam przerwę od prac “polowych”.

Druga godzina. Żadnych zmian ze zdrowiem. Ogólnie nastrój minorowym. Nic się nie działo do nocy. Nie wiem kiedy gorączka mnie schwyciła, kiedy złapały mnie halucynacje, ciągłe przewracanie się z boku na bok, klękanie, kucanie na łóżku, kładłam sie wzdłuż w poprzek ze zwisem głowy i nóg. Te przewrotniki, przewalanki nie były całkiem kontrolowane. Halucynacje z jęczeniem i niemiłosiernym bólem nóg. Niewiele pamiętam z tego wszystkiego. Pamiętam ,że wykonałam telefon do córci, czy coś mówiłam nie pamiętam.

Zmęczona przewrotkami i dziwnymi halucybacjami nad ramen padłam.

Moje ciśnienie krwi było na pograniczu życia i śmierci. Temperatura ciała nie przekroczyła 39C a ja byłam i tu i tam. Dziwne? Na prawdę dziwne. Powinnam sie pocić ale mi tak było zimno, że elektryczny koc i grzejnik elektryczny nie pomógł. Odchorowałam cały tydzień. Zmęczona i wymęczona dużo spałam, mało piłam i jadłam. Córcia pilnowała mnie w dzień i w nocy. 6 kwietnia zadzwoniła pielęgniarka z zapytaniem o moje samopoczucie, po rozmowie 7 kwietnia byłam już u mojej doktorki. A co ona może powiedzieć na moje dziwne objawy? Wszystko jest dla nas zwykłych zjadaczy chleba jak i lekarzy nowością. Cenię sobie życie na taj planecie i zdaję sobie sprawę, że za kilka lat mogą objawić się jakieś powikłania poszczepienne. Wolę mieć powikłania poszczepienne za kilka lat, niż powiększyć grono aniołków, TERAZ. Nie ryzykowałam niepotrzebnie, ale i w zamknięciu nie siedziałam, więźniem z własnej woli być nie chcę.

Piątek, 9 kwietnia. Samopoczucie dobre i czuję, że energia powolutku powraca. Gór to ja przenosić nie będę, ale przynajmniej nie kładę się do łóżka co chwilę. Nic nie gotuję, piekę i ogródka kwiatowego nie pielę. Na to przyjdzie jeszcze czas. Rabatki kwiatowe nie potrzebują pielęgnacji. Przed szczepieniem wypielęgnowałam, teraz tylko mogę swoje oczy cieszyć kolorami i pachnącym kwieciem bzu korańskiego, a pachnie jak dziki polski.

Sobota powitała nas zachmurzeniem i oczekiwaniem na chociaż jedną kropelkę deszczu, była kropelka i więcej niż kropelka. Popadało solidnie, podlało rabatki a tulipanom pozbijało listki kwiatowe. Padający deszcz spowodował, że schowałam się pod kołderką i usnęłam. Jak długo spałam, nie wiem ale około 4pm pojawiło się słońce. Było pięknie na moim niebie. Cudnie w ogródku i ciepło na serduszku.

Niedziela , 11 kwietnia. Poranek powitał nas pięknym wschodzącym słońcem. Nareszcie dzisiaj poczułam prawdziwą energię jak to wsześniej bywało. Już w głowie mam dużo planów, których zrealizować jeszcze nie mogę. Możliwe że za kilka tygodni ponownie zajmę się malowaniem, tym razem całego piętra. Łazienka na parterze jeszcze musi poczekać – nastąpiła zmiana planów.

Za bardzo wszystko w życiu planujemy. I to zbyt szczegółowo, bo kiedy tylko jakiś drobiazg pierdyknie, to nie wiemy, co z tym zrobić. Natasza Socha

Drugi dzień 2021

Nie wiem co odsypiam, ale śpię bardzo długo. Nie wyskakiwałam z łóżka, postawiłam równiuśko obie stopy na podłodze i…. bardzo zabolało w zgięciu stopy z nogą. To nie jest kosta, zabolało z wierzchu, tak bardziej 2 cm od zgięcia. Google poszły w ruch, ale tak naprawdę, to nie wiem dokładnie gdzie i co boli w tej nodze/stopie. Chodzenie utrudnione, zaczęłam kuśtykać. Posmarowałam maścią, poczekam aż trochę przestanie. Za chwilę południe a ja dopiero ścielę łóżko i doprowadzam się do porządku. Dziwne, ból po nasmarowaniu maścią przestaje, widocznie składnik przeciwbólowy zawarty w maści zaczął działać ale prawdziwy powód bólu nie został przeze mnie zdiagnozowany.

No i mój poranny dobry chumor prysł, stałam się bardziej drażliwa. Nie pojechałam z MM na pocztę oraz do sklepu. Nie chcę kuśtykać z obawy, że zaboli.

Do mamusi dziś również nie dodzwoniłam się. Wiem, że ipad jest naładowany bo dzwoni, u mnie, u niej niestety nie, może tylko zobaczyć, jeśli zobaczy, zielone małe kółeczko na które musi nacisnąć. A więc, jak zobaczy to kółeczko to naciśnie, najpierw będzie musiała wziąć swoją małą lupkę. To cały proces u starszej osoby. Jeśli za 200setnym razem nie spostrzeże zielonego kółeczka po prostu, zaniecham dzwonienia. Przyjmując 1 dzwonienie to około 1 minuta +/-3 godziny dzwonienia. Nikt jej nie pomoże, tak jak nikt nie ma życzenia wgrać jej nowego skypa.

Nie szkodzi, jakoś dam sobie radę.

U mnie pogoda śliczniutka, 17ºC. Spacerowa pogoda 😷🌞.

Życie to piękny teatr, niestety repertuar marny – Oskar Wilde

Dziś zmobilizowałam się, choć lekarstwa mnie osłabiają. Nie będę podawać cyferek jakie wyskakują na czytniku aparatu do mierzenia ciśnienia, staje się nudne dla mnie również. Myślałam, że wymycie lodówki zajmie mi około godziny. Nie trzeba było szorować, nikt nie pozalewał, kilkanaście kropek, nieznaczne ślady od buteleczek, butelek, kartonów i słoików.

Musiałam, przynajmniej mi się tak wydawało, że czas coś zrobić a nie, leżeć, odpoczywać od leżenia i po leżeniu, spaniu.

Powyjmowałam zawartość lodówki. No i … zmęczyłam się – odpoczynek. Mycie lodówki zajęło mi, nie wiele bo, 6 (sześć!) godzin. To się napracowałam. 😁 Jak tak to ma wyglądać, to malowania ja nigdy nie skończę szybciej się wykończę. Nie jest tak źle, bo dziś sześć a jutro może być pięć godzin. W końcu nabiorę wprawy i lodóweczkę, machnę w godzinę jak to kiedyś bywało. Najważniejsze nie poddawać się. Wyjęłam z lodówki zakwas żeby go dokarmić, to może chlebek jutro upiekę. Jeśli nie, to dokarmiony zakwas powędruje na swoje zimne miejsce. Będzie czekać na mój lepszy dzień.

Wiem, że będzie lepiej, bo łapię się na tym, że rozmyślam …co by tu zrobić, czym się zająć. Wprawdzie brak sił, ale….

to jest DOBRY znak!!!