Pierwsze kroki w szkole

Starsza przetarła już “szlak” do szkoły, dwa lata wcześniej. Ona cicha i bojaźliwa nie mogła mnie niczego nauczyć, nic pokazać. Byłyśmy z różnych planet. Mój “szlak” do szkoły i w szkole musiałam sama rozpoznać.

Biała bluzeczka na guziczki, plisowana granatowa spódniczka, półkolanówki białe i do tego białe sandałki. Wszystko miałam nowe i nie otrzymane w “spadku” po starszej.

Do szkoły było bliziutko ale jak do niej dotarłyśmy było już dużo ludzi, stałam z mamusią na szarym końcu. Apel odbywał się na podwórzu. Niestety, wśród dorosłych, nic dojrzeć nie mogłam, jedynie coś słyszałm. Nie zainteresował mnie ten szkolny apel pierwszoklasistów. Wycofałam się, poszłam na zwiady, słoneczko pięknie świeciło i zachęcało do zwiedzania obszarów przy płocie szkolnym.

Grządki na których rosła marchewka, buraczki i inne warzywa. Z kwiatów pamiętam nasturcję i malwy. Był tam również żywopłot który posiadał białe kulki.

Nie znałam tego krzewy. Od zwiedzania oderwał mnie głos mamusi. Był czas na zwiedzanie szkoły. Sala gimnastyczna posiadała lśniący parkiet. Po oby stronach sali były bardzo duże okna. Na wprost ogromnych dwuskrzydłowych drzwi wejściowych były drewniane gimnastyczne drabinki. Do sali wchodziło się po dwóch stopniach w dół.

Drzwi do klas były pomalowane na biało i były bardzo wysokie. Obejrzałam też swoją klasę.

Zdjęcie z i.pinimg.com

Ławki, kałamarze

Zdjęcie z alegro.pl

i dwie duże tablice na ścianie. Nie było to wszystko nowiuśkie jeśli chodzi o stan użytkowania ale coś nowego dla mnie.

Zawsze lubiłam nowości ale…szybko nudziło.

Powrotu do domu nie pamiętam. Możliwe że zaszłyśmy jeszcze do mojego stryja który mieszkał tuż za szkolnym płotem. Możliwe, że pobiegłam do domu aby jak najprędzej zdjąć to świąteczne ubranie i pobiec na łąki bawić się z innymi dziećmi.

Wszystko możliwe, że wszłam do ogrodu i zaczęłam pielić naszą marchewkę.

Na pewno nie czytałam elementarza, na pewno nie ćwiczyłam kaligrafii.

Rozpoczęłam edukację!

Wspomnienia smaku i zachowań

 

Kilka ostatnich dni czułam się jakby ktoś powietrze ze mnie wypuścił lub spuścił, walec po mnie przejechał, stado koni mnie stratowało, przepuścił mnie przez magiel, krokodyl mnie przeżuł i wypluł. Tak się czułam i nic z tym nie mogłam poradzić. W południe nakładałam pidżamę i do łóżeczka wskakiwałam. MM w tym tygodniu pracował w domu, dziwił się i nie koniecznie. Podejrzewał przemęczenie.

A ja?

Może i przemęczenie ale, przez 3 noce budzić się około 2am to już było ponad moje siły. Przewracam się, walałam się w łóżku, oczy zamykałam i otwierałam, liczenie baranów i wspominanie upojnuch nocy, nic nie pomogło. Może właśnie wspominanie upojnych nocy nie pozwalało mi zasnąć do 5am.🤪 Kto wie? Bo zdarza mi się tak powspominać z kim i kiedy i jak…hahahahaha. Nie mówcie, że święci jesteście. Wśród żywych – świętych brak. Tylko są tacy co nie mogą lub nie mają z kim. Moja córcia nie raz prosiła…mamuś no spisz swoje wspomnienia, fajnie będzie poczytać… Chętnie bym i spisała ale…nie wszytko można powiedzieć, spisać, przekazać. Niech część zostanie tajemnicą. O nie, nie byłam rozwiązłą panną. Ale, miałam koleżankę co lubiła sex ponad dobre imię. Nie przeszkadzło mi to, zupełnie nie przeszkadzało. Tym bardziej jej to nie przeszkadzało. Gdzie ona to i owo robiła? Na klatce schodowej, w krzakach, pod drzewem, gdzie się dało i nie dało. Ale koleżanką była na prawdę super, do momentu aż…chciała złapać bogatego na dziecko. I tak została z tym dzieckiem sama, samiuteńka. Wróciła do domu z miejscowości uzdrowiskowej. Bogatego rodzice zabrali z sanatorium. W międyczasie upiekłam chlebek turecki oj oj paluszki lizać. Obiecałam MM, więc obiecane – dokonane. Całe ale to całe swoje życie odkąd pamiętam, obiecanego dotrzymywałam. Więc zrozumiałe byłam bardzo ostrożna w obiecankach. Obiecane – podane! MM zajada się chlebkiem w tej chwili. Pyszności, na prawdę pyszności! Z koleżanką drogi nam się rozeszły. Wyjechałam do Lublina zdawać na prawo a ona, kołysała swoją córkę. Z tego prawa wyszło mi lewo, bo nawet nie poszłam na egaminy wstępne na studia. Ale w akademiku mieszkałam w trakcie egzaminów. Poznałam Gienia i Miecia. Jeden jak i drugi mieli na mnie wielką chęć. Miecio to nawet zaprosił mnie do mieszkania w bloku i rozłożył wersalkę. Z tą rozłożoną wersalką zostawiłam go, zatrzasując za sobą drzwi. Gienio też miał nadzieję, zostaliśmy przyjaciółmi na dość długi okres. Ludzie szykowali się do rozpoczęcia roku akademickiego a ja pakowałam torby i walizy do powrotu do domu, jako marnotrawna córka. Rodziece przyjechali samochodem i zabrali mnie do domu. Pamiętam pierwszy poranek po przebudzeniu. Uczesałam się – zrobiłam sobie kucyki po obu stronach głowy i nic z tego nie robiłam, że cały rok akademicki przebąblowałam. Kiedy chciałam zdawać w czas i porę na uniwerek to, egzaminy zdałam, tylko zabrakło punktów za pochodzenie, miałam ogromny żal do rodziców, że nie są rolnikami zbierającymi płody rolne, robotnikami w hucie szkła, mebli lub w kamieniołomach. Świat, młody świat mi się zawalił. Idąc ulicą rzewnie płakałam, doszłam do domu, zmknęłam się w pokoju i nikomu nie pozwoliłam wchodzić. A przecież zabrakło mi tylko 2 punktów! I wtedy rozpoczęłam przygotowywanie się do egzaminów na studia w Lublinie na kierunek – prawo. I co z tego, że byłam przygotowana i byłam pewna, że egzaminy zdam. Po prostu, nie przystąpiłam do egzaminów, za to miałam prawdziwą zabawę.

Trzeci kawałek tureckiego chlebka pożeram. Normalna pychotka.

Wracając do mojej sex koleżanki. Kiedyś pojechałyśmy razem na Mazury a dokładnie Augustowa. Pole namiotowe, robiłyśmy namiot. Moja koleżanka nie wiem jakim sposobem ale przywołała już nie jednego chętnego na swe wdzięki. Tak jak ja przywołuję komary i inne owady, gady i wszystko co się rusza, oprócz facetów. Jeszcze nie zmrok a namiot na przeciw rusza się jakby huragan tam zawitał. I takim sposobem do mnie samotnej w namiocie zwitał, belg, francuz lub coś takiego gadającego po francusku. A że w tamtym okresie rozumiałam coś niecoś, co się do mnie mówi. Ale ten jegomość, nie powiem ale przystojny, młody i wyglądający na Apollo pokazuje mi prezerwatywę. Jeju jak ja się wściekłam, myślałam że go zmiotę z tej pięknej ziemi.

No nie dlatego, że gumkę pokazał, że śmiał myśleć, że zrobi ze mną barabara jak moja koleżanka w namiocie z naprzeciwka.

Nie jesteśmy żadnym odzwierciedleniem naszych znajomych!

Młodzieniec zachował się przyzwoicie i się ulotnił. Z rana zjedliśmy śniadanko przy wspólnym stoliku w jakieś knajpie i tyle go widziałam.

No i moja koleżanka tak wychowała swoją córcie i od tamtego “incydentu” nie koniecznie odechciało się jej ”amorów” . A że była pielęgniarką łapała ‘każdego chętnego doktorka. …To nie zobowiązujące…mówiła.

Żyłam już swoim i innym życiem niż moje koleżanki.

Moją sex koleżankę, spotkałam wiele lat później,  w szpitalu w którym leżał mój Tatuś. To była osoba całkowicie bezduszna, pozbawiona jakichkolwiek uczuć, po prostu głaz.

Czy pamiętacie chlebek turecki? W moim mieście można było kupić w Delikatesach.

Zanim dochodziłam do bramki ogrodzenia pochłaniałam ostatnią kruszynkę.

Dziś z MM zjedliśmy jeden chlebek,  a piekłam jak nigdy przedtem,  w foremce.

Taki sam smak,  a może i inny bo dodałam kilka kropli olejku toffi.

 

 

 

Mój przyjaciel deszcz

Jedynie poniedziałek był dniem pracy na yardzie, powiedzmy popołudnie. Od wtorku deszczyk kropił, co nie pozwalało mi na wyjście na ścieżkę.

Cichutko myślałam,….aby deszczyk padał jeszcze dłużej i dłużej. Zregeneruję się, odpocznę, poleniuchuję.

Moje zamówienie na deszcz zostało zrealizowane. Każdego dnia padało. Dziś piąteczek i PADA!!!!

Pada moje zamówienie wielkimi kroplami i … z szumem.

O to mi chodziło. Chodziło mi właśnie o to!!!!O deszcz, deszczyk, deszczunio.

Nie wyjdę na yard, nie wyjdę do kwiatków, ale odpocznę.

MM nie jest zadowolony, planował dalsze cyklinowanie tarasu. No cóż, deszczyk sprzyja w ten weekend tylko dla mnie.

Będę się nudzić, marudzić, siedzieć, leżeć…

Zasłużyłam na dłuższy odpoczynek. Odpoczynek wprawdzie wymuszony, ale …cieszę się.

 

Ma padać aż do czwarteczku. No i super !!!!

Robota nie zając nie ucieknie. Tak kiedyś mówiono. Jestem z tych starej daty, więc nie zapomniałam o dziwnych dla młodzieniaszków powiedzonkach.

A co, kto mi zabroni używać durnowatych powiedzonek.

Czy sie stoi czy się leży stówa się należy. Nie wiem kto to mówił ale chyba ci co rowy kopali.

Przecież i ja zaczynałam kiedyś od malarza wiejskiej świetlicy, w której po jej wymalowaniu nie potańczyłam. Później byłam na zastępstwie kierownika brygady remontowej. Oj pamiętam jak wszystkich fachofców z pod ciemnej gwiazdy wyciągałam z knajpy z piwem. Nie mogli się doczekać kiedy kierownik wróci do pracy. Dosłownie stałam na fachofcami z pod ciemnej gwiazdy i sprawdzałam każdy centymetr wykopanego dołu, położonej w tym dole instalacji wodociągowej. Odetchnęli kiedy odeszłam, a odeszłam wtedy już do kuratorium. A tu spotkałam mego nauczyciela wf-u. To u niego i pod jego okiem skakałam najwyżej, najdalej i biegałam najszybciej. Skoki żabką nie były dla mnie żadnym ciężarem.

To był skok z pozycji kucznej,  i jak najdalej. Brałam udział w zawodach spotowych, należałam do klubu sportowego.

A teraz skaczę jak koza w rytm muzyki. Dajcie mi tylko partnera do tańca. No niestety MM jest… nieczuły, lekko mówiąc na rytmy muzyki. A przecież uczył się gry na flecie.

 https://youtu.be/SJM0e1YcHIg

 Podziwiam ruchy w tańcu, muzykę, delikatność, erotyzm, uniesienie, duchowość, rytm i cud kroków tanecznych.

Wszystkie video pochodzi ze wschodu. Nie mam żadnych uprzedzeń do wschodu, nie mam żadnych uprzedzeń do zachodu, nie mam żadnych uprzedzeń do północy i południa. Kocham wszystko co jest piękne i wesołe. Uwielbiam taniec, ten erotyczny również, bo dlaczego nie. Tylko trzeba znać granice. Jeśli je sobie postawimy, jesteśmy bezpieczni.

Każdą granicę można przesunąć, ktoś powie. To zależy od nas samych. Niektórzy nie mają granic i moim zdaniem źle kończą.

Źle dziś nie skończę,nie ma obawy, ale poskakać muszę bo od poniedziałku tylko walałam się w łóżku. Muszę spalić energię.

A deszcz pada i pada i tak będzie padać.

Nie ma to jak zatańczyć w rytm “spadających kropel deszczu”. A więc będę tego wieczoru skakać i tańczyć.

 

 

 

Gdy kobieta tańczy, tworzy sztukę, a zarazem staje się bardziej zmysłowa.

 

 

 

 

 

Przerażona ale ocalała

Posted August 2, 2016

W oddali grzmiało kiedy kończyłam malować paznokcie. Nie czekałam aż wyschną, grzmoty szybko się zbliżały, to nie były pojedyńcze grzmoty, odgłosy zwiastowały coś groźnego. Kilka grzmotów na raz … nie liczyłam sekund. Pakowałam się. Zdjęcia rozłożone na biurku – od kilku dni skanowałam, szybko zsunęłam do walizki. Dokumenty te ważniejsze do drugiej walizy. Grzmoty co raz bliżej a ja jeszcze pakuję i biegając, mam już plan działania. Jak uderzy w dom, szybko wszystko do samochodu i wyjeżdzać w dół na ulicę. Walizy i torby ciężkie ale dam radę. Nie zapomnieć baniaka z benzyną wynieść z garażu i gaz zakręcić. Pieski wrzucić do samochodu, nie zapomnieć! Wyłączyć elektrykę. Znów walnęło trzykrotnie, tu nie daleko.  Torba z komputerami, aparatami itp . Wciąż biegam i pakuję.  O czym zapomniałam? Co jeszcze będzie potrzebne i co bardziej kosztowne, czego nie da się po stracie odtworzyć. Myślę szybko i szybciej pakuję. Myślę o MM – co zabrać, co zostawić.

Jestem nad wyraz skoncentrowana lecz przerażona odgłosami, zdaję sprawę z powagi sytuacji. Bo jeśli uderzy będę miała bardzo mało czasu, bo pali się bardzo szybko. Spojrzałam w biegu na pieski, leżą skulone w bezruchu  na swoich poduchach.

Grzmoty odchodzą, powoli ale odchodzą. Siadam na krzesełku.

Już spokojnie oddycham, patrzę na pomalowane paznokcie. Lakier zdrapany. Jutro pomaluję jeszcze raz.

Widziałam w życiu płonące domy. Pierszy był doszczętnie spalony. Dom drewnaiany na mojej starej dzielinicy (tam gdzie się urodziłam i wychowałam). Miałam około 7 lat, tatus biegł do pomocy w gaszeniu pożaru, a ja za nim. W oddali słyszałam glos mamusi abym w domu została. Nie zostałam. Pobiegłam. Zanim dobiegliśmy a nie było tak daleko, z domu zostały tylko zgliszcza. Dom drewniany i malutki to i szybko spłonął. Straszny widok. czułam wtedy ogromne przerażenie ismutek. Ludzie ocaleli ale zostali jak wybiegli z domku. Płakali. To było dla mnie ogromne przeżycie. Wciąż mam przed oczyma zgliszcza a nad nimi syczące płomienie.

Boję się grzmotów i błyskawic. Młodsza siostra miała z 4 latka to ja jeśli dobrze licząc 9. Nie pamiętam z jakiego powody byłam w domu z młodszą, gdzie była mamusia ze starszą nie wiem. Wiadomo, tatuś był w pracy. Na podwórzu szalała burza z piorunami i błyskawicami.  Jako starsza nie mogłam pokaza młodszej siostrze, że się boję. Wprawdzie nic nam nie groziło, dom murowany ale w tamtym czasie dach pokryty był czarną papą. A że byłam z tych córek co swemu tacie wciąż pomagała i krązyła wkoło niego, mogłam wiedzieć co może sie wydażyć w razie pioruna który ewentualnie uderzy w komin. Piorunochrony jeszcze nie były instalowane. Byłam z siostrą na piętrze i prosiłam o pomoc w pakowaniu pościeli, ubrań i co w razie straty/spalenia się domu,  może się przydać do dalszego życia. W tamtym okresie nie było tv ale mieliśmy duże radio.Bardzo często sąsiedzi przychodzili do nas i gromadzili się przy radiu, oczywiście byłu i rozmowy. Widocznie usłyszałam, co należy robić w razie pożaru. Poduszki pierzyny związywałam prześcieradłem i znosiłam na parter na korytarz. Obuwie i kalosze ustawiałam bliżej drzwi aby w razie czego można było wyrzycić na zewnątrz. Wydarzyło się to przy trzecim schodzeniu po schodach na parter, kiedy byłam na podeście a licznik elektryczny był na wysokości moich oczu piorun – ogień w postaci grybego postrzępionego sznurka wyskoczył z tego licznika zrobił kuko w odległości 1 1/2 metra i paląc korki elektryczne na czarny węgiel zniknął wewnątrz licznika. Stałam jak zamurowana. Większość pościeli była już niesiona z piętra (tam były nasze sypialnie). Po tym zdarzeniu nie myślałam o niczym, jedynie krzyknęłam do siostry żeby zeszła na dół i siedziałyśmy w pokoju na parterze,  oczekując mamusi.

Dwa razy palił się mój nowo pobudowany dom.

Teraz pada deszcz a ja nie mogę zasnąć.