Wielka Sobota🐣

Wczorajszej nocy do domu wróciłam przed północą. Nie byłam tak bardzo zmęczona jak myślałam. Wszystkie projekty zostały zapięte na ostatni guzik i z uśmiechem i śmiechem zamknęłyśmy drzwi za sobą, życząc wzajemnie spokojnych świąt.

Poranek przewitał mnie, dudniącym w rynnach deszczem. pigida będzie niezmuenna do poniedziałku włącznie. Chętnie bym święta spędziła na decku w blasku słońca i wielkiego księżyca. Niestety ale nie. Jeszcze w szlafroczku popijam kawę i układam plan od czego zacząć gotowanie i pieczenie. Galaretka owocowa potrzebuje czasu na stężenie. Więc do roboty!!!


Zanim rozpoczęłam prace kuchenne, musiałam przebrać cebulki tulipanów.

Zalegała w jadalni kuchennej sterta wyrwanych cebulek tulipanów. Proces gnilny cebulek już nastąpił. Obfite i dość częste opady deszczy całkowicie nie sprzyjają cebulkom. Ziemia przemieszana jest z piaskiem i kamyczkami lecz to nie zapobiega gniciu. Narcyze są bardziej odporniejsze i mogę je zostawiać w ziemi na zimę. Zimę, która tutaj jest polską jesienią. Podczas przebierania bardzo dużo cebulek musiałam wyrzucić, No cóż, wiosną ponownie kupię cebulki tulipanów. Nie jestem pewna czy te cebulko ktróre zaniosłam do piwnicy przetrwają do wiosny, jeśli nawet, czy będą na tyle silne i zdrowe aby zakwitnąć.

Galaretkę zrobiłam.

Sałatkę jarzynową z jajkiem i papryką i bez. Oczywiście, jak zawsze spóbowałam. Dodałam odrobinę soli i pieprzu ziołowego.

Próba sałatki była dużą porcją, że o kolacji już nie pomyślałam.

Następnie, zupa ogórkowa i malowanie jajek. Anek kupił mi farbki, nie muszę mazakiem szlaczki robić.

90% prac wykonanych.

Teraz tylko czekać na jutrzejszych gości.

Wszystkim spokojnych i pogodnych Świąt Wielkanocnych 🐥🌷

ciepełko na serduszku

Dzień jeszcze świąteczny


Nie było tak jak sobie planowałam.
Chciałam mieć śniadanko w gronie rodziny lecz niestety się nie udało. Niektórzy członkowie rodziny pracowali lub po pracy smacznie spali, aby w godzinach południowych udać się do obowiązków służbowych. Inni mieszkają po drugiej stronie stanów, a jeszcze inni, zmęczeni podniebną podróżą nie myśleli o śniadaniu i obiedzie.

Śniadanko jak i obiad zjedliśmy z mężem tylko we dwoje. Ciesząc się ze swojej obecności. Radość również nie trwała długo, MM zaczął się szykować do wyjazdu i wylotu do innego stanu w którym pracuje. Zostałam z pieskiem.

Za chwilę syn wrócił z pracy, jak również córcia. Miałam w końcu ich dwoje przy jednym stole, a nie jak zwykle to bywa, gdzieś tam po drugiej stronie linii telefonicznej.
Musiałam szybko cieszyć się ich widokiem, bo już za chwilę miało ich nie być. Ostatnie egzaminy i trzeba sie uczyć.
Znów ja i piesek.

Pomimo tych szybkich i urywanych chwil, poczułam ciepło i radość w sercu. Że mam kochanych ludzi przy sobie.

Mam dla kogo żyć i na kogo czekać.