Moi drodzy odwiedzający…..

Zatrzymałam się w pisaniu, czytaniu i odwiedzaniu ulubionych blogów. Wodrdpress na jakiś czas przestał istnieć. Problemy z jakimi walczyłam, przerosły i zniszczyły moją psychikę. A myślałam, że jestem herod baba pod każdym względem. Ta herod miała przebłyski….zapalić maryhe i popłynąć. A czemu nie? Ale nie zdecydowałam się, tak jak nie zdecydowałam się na kokę gdy miałam zaledwie 17 lat. Nie dałam ponieść się oparom i białemu proszkowi. Przyjmuję CBD, tutaj jest silniejsze niż w Polsce ale przy tych problemach to i całe opakowanie nie pomoże, może jedynie zaszkodzić. Więc, sporadycznie przyjmuję. No i jeszcze tabletki walerianki, waleria byłaby pomocna w łóżku płci przeciwnej, jestem na nią bardzo oporna.

Żaden spec nie pomoże jeśli sam człowiek sobie nie pomoże. Więc….staram się jak potrafię. Odcięłam się od rodziny w NYC, od polskiej rodziny nie musiałam, odcięli mamusię moją od świata zewnętrznego, a jaki świat wewnętrzy w 4 ścianach ma moja mamusia, to jeden Bóg wie. Oczywiście, dzwonię 2 razy w tygodniu aby potwierdzić, że tel jest głuchy. Obaw, że mamusi wśród żywych nie ma, nie mam, zostałabym poinformowana przez dalszą rodzinę.

To tylko kropla w morzu moich trosk. Prawdę mówiąc, kto ich nie ma. Problemy mamy większe i mniejsze, jakoś trzeba z nimi żyć i w miarę możliwości je rozwiązywać. Rozwiązuję ten supeł, ale … zanim rozwiążę to zawiązuje się ponownie i ponownie. Jeszcze nie wyłysiałam, więc nie jest tak tragicznie. Z ciśnieniem mam większe a sercem mniejsze problemy. Mimo to wypiłam czarną kawę i zagryzłam resztką tortu lodowego pozostałago po MM urodzinach.

MM wrócił z zakupów z pięknym bukietem. Nie sposób się martwić. A jednak, nierozwiązany problem jest problemem. Nie, kochani, nie mam problemów małżeńskich, wyjątkowo MM mnie wspiera i za to ogronmy ukłon w jego stronę.

Odnośnie tortu urodzinowego. Celebrację urodzin rozpoczęliśmy już 1 sierpnia. Jak szaleć to szaleć. Poszliśmy do lokalnej/dzielnicowej restauracji, a z niej to ja wylazłam trzymając się mężowskiego ramienia. Po złożeniu swoich zwłok na łożu, trochę się w głowie zakręciło, MMowi też bo paradowałam na nagusa po domu i ….nie wiem kiedy usnęłam.

2 sierpnia moje urodziny. Uroczystość obchodziliśmy w domu. Tort miał być lodowy ale czego było się spodziewać po sklepie Publix. Zamrozili tort, który udawał lodowy. Nie dało się go jeść, masło z cukrem. Wylądował w koszu na śmieci. Fuj!!!!!Humory dopisywały bez torta. Zanim wyrzuciliśmy zdmuchnęłam świeczki🍰🎂

3 sierpnia – dzień po moich urodzinach a 1 dzień przed urodzinami MM. Wieczór spędziliśmy w restauracji. Tym razem to nie ja a mój syn po 2 drinkach był pijaniuśki. I trzeba przyznać że po raz pierwszy w jego życiu. Było zabawnie patrzeć na mego syna. Ja nie byłam pijana i pozwoliłam na małą sesję zdjęciową.

Po prostu, zaszalałam.

4 sierpnia MM urodziny. Wspaniały tort, wspaniałe balony, wspaniała atmosfera. To wszystko mu się należało.

Wczoraj piątek 5 sierpnia. Jednego problemu który produkował inne problemy, pozbyliśmy się. Czy lżej, trudno powiedzieć. Przykro i smutno przez chwilę było, tak należało zrobić. Wieczorkiem pojechaliśmy na koncert ABBY. No nie całkiem tak było, bo z tego zespołu jak można było zauważyć tylko jeden gitarzysta występował, pozostali członkowie zespołu to ludzie młodzi w kostiumach starego zespołu. Muzyka leciała playback. Oświetlenie było tragiczne nie mówiąc o sztucznym dymku, który raczej przypominał dymek podczas pieczenia kiełbasek na grillu. Gdybym wiedziała, że ten występ „abby” jest uhonorowaniem ABBY, przygotowała bym się na „abbę”. Niestety ale oczekiwałam już może nie seniorów na scenie ale przynajmniej większych atrakcji świetlnych. Wyszliśmy w trakcie przerwy.

Co mnie zdziwiło? Publiczność. Byłam nie na jednym koncercie, spektaklu, rozgrywkach sportowych. Nawet w teatrze nie jeden raz widziałam: szorty, tenisówki, dresy i inne nie stosowne przykrycia do danego miejsca. Wczoraj było przyjemnie popatrzeć. Publiczność ubrana wieczorowo, odświętnie. Oklaski ogromne i wszechobecne zadowolenie.

Podczas przerwy nie było wiele osób opuszczających budynek. Może 10-15 osób w trakcie gdy my wychodziliśmy.

Żebym wcześniej zapoznałam się z informacją, że to jest koncert jest uhonorowaniem jakiejś tam rocznicy zespołu ABBA, nie byłabym zawiedziona.

Dzisiejszego poranka weszłam w internet w poszukiwaniu informacji dotyczącej wczorajszego koncertu. Co było nie tak?

Wyjaśnienie powyżej.


Pogoda u mnie: ukrop z nieba się wciąż leje, deszcz również. Wilgotność przekracza normy. Komary się rozmnarzają i już kupiliśmy maszynę na komary do używanie wewnątrz.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Kawcia i po kawci

Wczorajszy dzień był bardziej roboczy niż wypoczynkowy. Znów głowie przestawiło się, myślałam że niedziela i kilkakrotnie, zastanawiałam się i prostowałam swoje myślenie. Sobotę zaczęłam od mycia piesków i ich 6-ciu poduch. Dwie z piętra, dwie z telewizyjnego pokoju i dwie z jadalni kuchennej. Nie często myję pieski, ponieważ mają ustalone stałe wizyty mycia i strzyżenia. Myślę, że wilgotność powietrza wpłynęła na ich owłosienie i … zaczęły śmierdzieć. MM próbował telefonicznie wcisnąć na profesjonalne mycie po za terminem, z uwagi na poniedziałkowe święto, niestety ale nie udało się. Nie przepadam za myciem psów pod prysznicem ale jeśli chcę pieski w wolne dni pogłaskać, trzeba było się poświęcić.

Od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem wymienić natryski bo znaczna ilość wody ścieka mi po ścianie i nie trafia do żadnego z dwóch natrysków. Wybór w sklepach spory i nie mogłam od kilku miesięcy, zdecydować się jaki chcę.

Więc, podczas mycia piesków i ja byłam mokra.

Amber była pierwsza. Piesek już widzi minimalnie i chodzi na wyczucie, słuch również osłabiony. Czasami dojdzie do ściany odbije się, (nie żeby nabić guza lub zrobić sobie krzywdę, chodzi wolno a nawet bardzo wolno) i stoi, czeka a jak nie pomożemy szczeka. Nie zawraca bo nie wie jaka to przeszkoda i nie wie w którą stronę. Zdarza się, że wołamy do niej, a ona nie wie z której strony. Czasami ma problem z wejściem na pierwszy stopień schodów, pomagamy. Zdaża się, że wyjdzie na zewnątrz przez psie drzwiczki a z powrotem ma trudności. Biedna chodzi, wącha, patrzy ale do drzwi już nie trafi.

Pod prysznicem była zdezorientowana. Jeszcze nie namoczyłam jej a ze strachu się trzęsła. Nie wiedzieła i nie widziała co będę robić. Powolutku zmoczyłam ją cieplutką wodą, chciała uciec. Może zapomniała, może w psiej łaźni traktują ją inaczej, nie wiem. Ale przygarnęłam ją leciutko rozprowadziłam szampon po ciele, już była spokojna. Chowała jedynie głowę, żeby woda do noska nie poleciała. Staram się nosek zawsze ochonić, bo i sama wiem że to nie jest nic przyjemnego a mnie też przytrafia się zachłystnąć wodą z prysznica. 🚿Osuszyłam, naperfumowałam psimy perfumami i trochę obciełam. Z radością pobiegła do MM się pokazać. Poszczekała opowiadając zapewne, że teraz to ona pachnie😁🐩

Kolejna była Zima. Ten pudelek od maciutkiego był delikatny i przestraszony. Możliwe, że taka natura a może był bita lub źle traktowanya. Na moj widok schowała się po MM biurkiem i żadne modły nie pomogły. MM musiał wejść pod biurko i ją wydostać. Pod prysznicem była spokojna. Nóżki podnosiła na polecenie. Podczas suszenia i przycinania włosów również była bardzo grzeczna. Włosy na uszach musiałam obciąć ponieważ robiły się kłaki. Zima na inne włosy i jeśli się nie szczotkuje w bardzo krótkim czasie robią się kłaki. Nie wolno nawet latem zostawic jej nie wysuszonej i wyszczotkwanej. Nie mam tego problemu z Amber. Pieski wymyte i pachnące położyły się na pachnących psich poduszuszkach.

Późnym popołudniem wyjechaliśmy do „naszej” kawiarenki na kawę. Zwykle otwarta bardzo długo, z uwagi na brak pracowników zamykali o 5pm. Więc, nie załapaliśmy się. Bardzo lubię przesiadywać w kafejkach które mają ogródki lub jedynie stoliki z krzesełkami na zewnątrz. To lubienie pozostało mi z Polski. Na próżno szukaliśmy innej kawiarenki bo żreć to nam się nie chciało. Covid wymiótł dużo takich lokali gastronomicznych, wiele nie wróciło na rynek. Ostatecznie kupiliśmy Tiramisu i wróciliśmy do domu. Ciasto zjedliśmy w moim parku yardowym popijając cappuccino w kubku a nie jak powinno być w …filiżance.

Sobotę mogę zaliczyć do udanych.


Niedziela 05/29/22

Wczoraj planowaliśmy wyjazd na śniadanie, gdzieś… ostatecznie MM pojechał po kanapki z łososiem a ja jeszcze marudna po nocy człapałam w szlafroku po kuchni.

Albo byłam głodna albo te kanapki na prawde były wyśmienite. Zjedzone do istatniej kruszynki. Plany na niedzielę były, a jakże by inaczej, tylko one uległy zmianie. Ostatecznie zrobiłam polski niedzielny obiad. Schabowy😁😁😁. Nakarmiłam rodzinę. Po obiedzie ogarnęłam kuchnię. Pozostałe kotlety i ziemniaki przyszykowałam do wstawienia do lodówki, po wystygnięciu. Zrobiłam małą czarną i wyszłam na deck. MM wrócił do swojego biura.

Zanim zorganizowałam sobie muzykę, (myślałam, że mam 2h tylko dla siebie) a lubię jak jest włączona na full, przyszedł na deck MM i niestety ale musiałam wyłączyć. Takiej głośności ludzie nie lubią a ja tak. Jedną zwrotkę jedynie odsłuchałam i … wyłączyłam bo za głośno a w słuchawkach nie będę siedzieć jak zwykle to robię. Kurcze na podwórku w końcu jestem. Ludzie świętuja a ja w ciszy i spokoju mam słuchać śpiewu ptaszków, podziwiać spadające zielone liście. No i kurcze z mojego świętowania ciszy przy wrzasku wzmacniacza nic nie wyszło. MM przyszedł z książką pod pachą. Wyłączyłam swoje ustrojstwa. Nie ukrywam zła trochę jestem. Bo niby przyszedł mi dotrzymać towarzystwa. Ale kuźwa ja takiego w tej chwili towarzystwa nie chciałam. Chciałam być ja i moja muzyka. On lubi (jak kiedyś pisałam) hard rocka, a ja po za hard mogę słuchać wszystko. Dziś miałam ochotę na coś lekkiego i szarpanego to nie jest jego muzyka, wyłączyłam. Prosił abym nie wyłączała, ale jak on słucha harda to ja znikam, ulatniam się, mnie nie ma. Prośby były takie, że został i wlepił oczy nie w książkę ale w ekran komórki. A teraz powiem trochę mniej brzydko, ja pieprzę.

Nie miałam łatwego tego roku i w dalszym ciągu nie mam. Więc, szukałam radości w muzyce, takiej jaką ja lubię.

Nawet nie mam już ochoty na wyjazd do sklepu. Po prostu, na nic. Schowałam się w sypialni i stukam literki.

Jutro będzie lepiej.

Galimatias

Dni szybko pędzą lecz tylko w mojej głowie, wciąż jestem w czerwcu i nie potrafię tego zmienić. Miesiąc maj jakby nie istniał. Nie istnieją też pierwsze miesiące tego roku. Niestety ale nowy rok nie przyniósł mi nic dobrego, mimo to staram się żyć spokojnie i w miarę bezstresowo. Powiem, że nie jest to łatwe zadanie. Może moje życie wróci do normalności ale… to światełko w tunelu zapala się i gaśnie, lepiej żeby go wcale nie było.

Po 5-cio dniowej ulewie, dziś podobno ma być słoneczko i przez weekend powinno z nami zostać. Na dziś zamówiłam service od spejowania przeciwko komarom i kleszczom. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że chemia niszczy i inne owady ale nie sposób jest wyjść na zewnątrz. Pogoda była sprzyjająca rozmrażaniu, więc są całe chmary. Komary już nie są śpiące, gryzą dotkliwie.

MM wraca dziś do domu. To jest pocieszające. Mamy długi weekend. Nie planujemy żadnego wyjazdu, następna fala covida nas zaatakowała, czwartej szczepionki nie chcemy przyjmować. Gdzie gwarancaja że nas uchroni jeśli trzy już wzięte nie pomogą. Nigdy nie szczepiliśmy się z MM przeciwko grypie. Nie liczę szczepionki przeciw grypie w Polsce. Na zimne dmuchamy. Nie musimy też wyjeżdżać do parku. Moj back yard jest dla nas parkiem. 😁

Bezowocny dzień

Do pracy nie pojadę, ktoś ma covida a ktoś podejrzewa. Nie lubię bezowocnego siedzenia, więc oczywiście znalazłam zajęcie. Na zewnątrz, po wczorajszej ulewie jest bardzo nieprzyjemnie wilgotno, postanowiłam nie wychodzić za drzwi. Chyba, że dom samochód i odwrotnie. A kilka spraw mam do załatwienia.

A jednak dzień mija mi bezowocnie, na czekaniu. W jednym urzędzie – czekanie, drugi – czekanie. Muszę z drugiego wrócić do pierwszego i czekać. Bezsensowny dzień.

Nic nie da się zmienić. Bezproduktywne czekanie.


Szczęśliwy dzień

Nie pamiętam abym kiedykolwiek jakieś mniejsze lub większe problemy miała z powodu 13-go. Zawsze śpiewałam…

Może i z tego właśnie powodu nic złego mi się nie przytrafiało. Podobnie z czarnym kotem, śpiewałam i śpiewam…

Bo jak z taką ilością polskich przesądów dało by się żyć?

Jemioła, zbite lustro, nie witać przez próg, solniczka zawsze przykryta, odpukać w nie malowane, swędząca prawa ręka lub nos, machanie założoną nogą na nogę, gwizdanie w domu, buty na stole itd…żeby to wszystko spamiętać, wstawać z łóżka nie trzeba by było. A tu masz babo placek, wstajesz z łóżka i na lewą nogę, cały dzień na opak. Jeszcze trzeba na karcie kredytowej zliczyć jej numer jak wyjdzie na koncu zero to normalnie katastrofa, jeśli bez liczenia ostatnia cyfra trafi się zero…to niechybnie bankructwo.

Więc, (nie zaczyna się zdania od „więc” , mam to gdzieś. Kiedy czytam na popularnych stronach … ktoś spadł na pysk, a smutny redaktor miał na myśli pysk finansowy to płakać się chce. Język polski w obecnym czasie sięga rynsztoka z jednej strony, z drugiej zaś, angielszczyzna nas pochłania. Czy polak musi wymądrzać się tym, że zna języki obce? Tak, musi, dla szpanu, zaszokowania? Ale kogo? ) A więc, opijamy 13-tego i …powrót MM z Meksyku. Wcale, w kapeluszu meksykańskim po ulicach nie paradował, siedział w biurze meksykańskim przed komputerami i wieloma ekranami. Na tę/tą okazję pojechaliśmy do ogromnego sklepu monopolowego. MM nic nie kupił, no dobrze cocacole daietkę bezkofeinową, resztę ma w domowym barku. Latałam po sklepie ( w szpileczkach oczywiście, leginsach i bluzeczce obcisłej). Amerykańscy panowie nauczeni są czekania na kobietę. Jeśli moje „spacery” między regałami trwały godzinę, usiądzie ten mężczyzna i będzie czekał. Nie trwało godzinę, może z 30 minut. Nie mogłam się zdecydować. Kobieta zmienną jest przecież. Ostatecznie oprócz innych trunków wybrałam, to coś…

Wyprodukowane w USA, więc nie spodziewaj się polko/polaku, że ciebie zadowoli. Ale, wspieram amerykańską gospodarkę, wrzuciłam do wózka sklepowego. Wino miodowe!!! No cóż, kończę butelkę, ani w głowie ani w nogach. Mam nadzieję, że chociaż spać będę długo i smacznie. Wino miodowe kupiłam pierwszy i ostatni raz. Wypatrzyłam wino z Italii z 2012 roku tylko … czerwone, a ja nie przepadam. Mimo to następnym razem kupię. W tym sklepie jest cała alejka poświęcona 10-letnim winom importowanym z Italii.

Więc, (po raz kolejny) wypiłam 750ml wina miodowego. MM po spóbowaniu zaproponował wylanie go do zlewu. Powstrzymałam go, wino słodkie, a co słodkie, ja lubie. 😋

Mija 13-ty maja 2022 roku.

Ogólnie, ten dzień zaliczam do udanych.

Wielka Sobota🐣

Wczorajszej nocy do domu wróciłam przed północą. Nie byłam tak bardzo zmęczona jak myślałam. Wszystkie projekty zostały zapięte na ostatni guzik i z uśmiechem i śmiechem zamknęłyśmy drzwi za sobą, życząc wzajemnie spokojnych świąt.

Poranek przewitał mnie, dudniącym w rynnach deszczem. pigida będzie niezmuenna do poniedziałku włącznie. Chętnie bym święta spędziła na decku w blasku słońca i wielkiego księżyca. Niestety ale nie. Jeszcze w szlafroczku popijam kawę i układam plan od czego zacząć gotowanie i pieczenie. Galaretka owocowa potrzebuje czasu na stężenie. Więc do roboty!!!


Zanim rozpoczęłam prace kuchenne, musiałam przebrać cebulki tulipanów.

Zalegała w jadalni kuchennej sterta wyrwanych cebulek tulipanów. Proces gnilny cebulek już nastąpił. Obfite i dość częste opady deszczy całkowicie nie sprzyjają cebulkom. Ziemia przemieszana jest z piaskiem i kamyczkami lecz to nie zapobiega gniciu. Narcyze są bardziej odporniejsze i mogę je zostawiać w ziemi na zimę. Zimę, która tutaj jest polską jesienią. Podczas przebierania bardzo dużo cebulek musiałam wyrzucić, No cóż, wiosną ponownie kupię cebulki tulipanów. Nie jestem pewna czy te cebulko ktróre zaniosłam do piwnicy przetrwają do wiosny, jeśli nawet, czy będą na tyle silne i zdrowe aby zakwitnąć.

Galaretkę zrobiłam.

Sałatkę jarzynową z jajkiem i papryką i bez. Oczywiście, jak zawsze spóbowałam. Dodałam odrobinę soli i pieprzu ziołowego.

Próba sałatki była dużą porcją, że o kolacji już nie pomyślałam.

Następnie, zupa ogórkowa i malowanie jajek. Anek kupił mi farbki, nie muszę mazakiem szlaczki robić.

90% prac wykonanych.

Teraz tylko czekać na jutrzejszych gości.

Wszystkim spokojnych i pogodnych Świąt Wielkanocnych 🐥🌷

Wypieki

Dziś wypiekam.

Chlebek pszenny, ciasto w maszynie się kręci a później godzinne wyrastanie. Kajzerki już uformowane ale nie nacięte, wyrastają pod naciągniętą folią. Naciągnięta foli nie pozwala rosnąć im do góry i formować się w kulkę. Rosną na brzegi i podstawę bułeczki będą miały płaską. Podczas pieczenia jeszcze urosną.

Z rana padał deszczyk, prace na zewnąrez okazały się niemożliwe. „Zatrudniłam się” w kuchni. Bułeczki wstawione do piekarnika. Chlebek w maszynie rośnie. Nie wiem czy będę miał cierpliwość czekać po raz drugi na wyrastanie chlebka w foremce. Jednak odstawiłam chlebek do powtórnego wyrastania. Tylko 30 minut, a przecież przy wyrastaniu nic się nie robi. Stoi i rośnie.

Mięciutkie i smaczniutkie, najważniejsze, pachnące!!!!

Chlebek pięknie wyrósł aby uzyskać chrupiącą skórkę eksperymentalnie, posmarowałam: mąka+sól+woda. Po raz pierwszy to zrobiłam.

Oczekiwałam piorunujących efektów, nie powiem, nie zwaliło mnie z nóg. Po upieczeniu posmarowałam masełkiem, jak zawsze. Co kto lubi.

Czwartek na tym zakończyłam, choć cały dzueń miałam wrażenie że to sobota.

Za kilkanaście (11) godzin MM powinien wyleciec z Meksyku lecz wyniku testu na cowid jeszcze nie ma. Zgodnie z procedurami test należy wykonać nie wcześniej niż 24 godziny przed odlotem. Zastosował się do przepisów, czeka i się trochę martwi. Oby nie zatrzymal się tam na dłużej. Meksyk od jutra już świętuje Wielkanoc. A z tym związane są utrudnienia w załatwianiu wszelkich spraw, urzedy zamknięte i cały handel stoi, itd.

MM 5 h przed odlotem dostał wynik na covid. Negatywny.

Barszcz

Obudził mnie zapach smażonego bekonu. Nie wyskoczyłam z łóżka, jeszcze przysypiałam. Wolno przecież, dzień wolny od pracy zawodowej. Ze względu na temperaturę panującą na zewnątrz 4C, mam wolne od pracy yardowej. Sprawdziłam na Ring co z MM się dzieje, odkryłam że już wrócił z bagelsami. Bagelsy lubię w weekend, najbardziej w niedzielę. Przy sobocie też mogą być. Jedyne bagelsy jakie mi odpowiadają są z Panera.

Bagelsy przywędrowały do Ameryki NY z Polski z żydowskimi emigranrami. Niektórzy mylą obwarzanki i cebulaki z bagelsami. Chyba dwa lata temu pojawił się obszerny artykuł w NYTimes o historii polskich bagelsów. Byłam bardzo miłe zaskoczona.

Próbowałam upiec bagelsy ale nie mogę pochwalić się sukcesem. Były zjadliwe ale nie na tyle żeby zamieszczać posta na blogu (a może zamieściłam o porażce kulinarnej). Czasu i pracy do ich wykonania poświęciłam dość dużo, wiem, że nigdy więcej nie będę próbować.

Śniadanie zagryzłam ciasteczkami serowymi (biały ser) w formie listeczków i ponownie powędrowałam do łóżka w celu schowania się w cieplutkiej pościeli.

Usnęłam, jestem pewna, że coś mówiłam przez sen, dobrze że w domu byłam sama. MM pojechał odebrać swoje lekarstwa.

Gotuję kiedy chcę i kiedy mam ochotę na gotowanie. Wypiekam podobnie, mam ochotę to piekę. Po przebudzeniu zachciało mi się zupy. Mimo, że nie miałm namoczonej fasoli. Zdecydowałam ugotować ją wcześniej przed wrzuceniem pozostałych warzyw. Gdy fasolka bulgotała, obrałam ziemniaki. Zaoach barszczu ukraińskiego unosił się w kuchni.

Do ciasteczek z serem, które wczoraj piekłam, użyłam sera ukraińskiego. Nie zrobiłam tego celowo, po prostu, przypadek. Oczywiście, solidaryzuję się lecz o histori nie zapominam.

Warzywa zawsze mam przygotowane zamrożone, oprócz ziemniaków. Moje gotowanie to jest przeważnie spontan. 😁 Święta zawsze wcześniej opracowane.

Barszcz ukraiński smaczniutki. MMa nakarmiłam. Gdy zupa gotowała się, MM kosił trawnik, a dziś zimy wiatr wieje. Nie zdecydowałam się na wyjście na zewnątrz. Żaden spacer i żaden wyjazd do sklepu.


U mamusi telefon wciąż wyłączony😪

What kind of people are they …

Dzwonić nie przestaję, mimo że wiem. że tel u mamusi jest wyłączony. Przykro mi, że mamusia czeka na mój tel. Zawsze przed telefonicznym rozstaniem, uprzedzałam …..jeśli nie będę dzwonić to nie znaczy, że Ciebie zostawiłam, mamusia pamiętaj, ja ciebie nigdy nie zostawię… mówiłam połykając łzy. Ten dzień nastąpił, aż trudno uwierzyć, że córka może tak życie uprzykrzyć swojej matce.

Za długo żyje.

Już porobiła plany remontu w mieszkaniu mamusi.

A stara nie chce z tego świata się zwinąć.

Jeszcze na początku marca zamawiałam online maść na kolana mamusi. Państwo Sz. Nie byli zainteresowani ani kolanami ani maścią. Po podmarowaniu kolan mamusia czuła wielką ulgę.

Po 6 marca zostałam odłączona. Jedyna osoba z którą namusia mogła porozmawiać została zablokowana. Mamusia żyje, ale w takich warunkach jakie fudnduje jej własna najmłodsza córka, włącznie z praniem mózgu, demencja się znacznie pogłębi a to nie znaczy, że umrze na pstryknięcie palcami jak Panstwo Sz. sobie życzą.

Mamusia umrze, a z nią emerytura mamusi, którą zabierają od marca 2020 roku. Emetytura jest w wysokości 2800zł. Do marca 2022 roku opłacałam mamusi gaz, którym ogrzewała swoje mieszkanie. Korytarz, kuchnia, łazienka i trzy pokoje. Opłacałam przez okres 12 lat. To była moja pomoc finansowa. To była pomoc dla mamusi ale nie dla Państwa Sz.

I tutaj jest pies pogrzebany. Moja pomoc się skończyła i Państwo Sz. z mamusi emerytury, od m-ca marca zmuszeni są opłacać rachunki za gaz. Zbuntowali się i wyłączyli mamusi telefon, za który mamusia co miesiąc płaciła i płaci, a z którego oni również korzystali. To jest kara za brak subordynacji z mojej strony.

Mówią… karma wraca. Kiedy i do kogo?

Moi rodzice nie zasłużyli na takie traktowanie.

Niczym nie zasłużyli.

Młodsza była rozpieszczona, ale my wszyscy ją ulgowo traktowaliśmy. Była nie tylko piękniutka ale i zdolniacha.

Starszej wszystko zawsze darowano. Wiedziała o tym i wykorzystywała. Nawet doszczętne rozwalenie tatusia samochodu jej się upieklo.

Ja byłam pomiędzy. Miałam swoje życie od najmłodszych lat. Żyłam jak to się mówi, po swojemu. Serce i logika mną kierowały i innego pomocnika do tego nie potrzebowałam.

Widziałam jak obie moje siostry wykorzystywały rodziców. Ale co mogłam na to poradzić. Moi rodzice kochali nas i oddali by wszystko aby córki były szczęśliwe. Tylko ja żadnej pomocy nie potrzebowałam. I nie potrzebuję. Nie stoję za plecami mamusi i nie żądam przepisania części milionowego domu na mnie. Bo za moją namową mamusia napisała testament na rzecz młodszej siostry. Byłam w Polsce w 2019 roku mogłam mamusie poprosić o zmianę testamentu. Tylko po co? Jestem szczęśliwa bez majątków, majątki nikogo nie uszczęśliwią jeśli w sercu ma się jad żmij.

Więc, Państwo Sz. otrzymają po śmierci mamusi te trzy pokoje z kuchnią, łazienką i korytarzem. Stracą emeryturę mamusi, a muszę zaznaczyć że sami są już emerytami.

Na zdrowy rozum. Powinni taką opieką otoczyć starą matkę aby jak najdłużej żyła bo …. siostry emerytura nie jest w wysokości 2800zł.

Wiem, że mamusia czeka na mój tel. Ja dzwonię. Nie rezygnuję. Mam nadzieję.

Dziś….telefon był wyłączony.

Może jutro mi się uda.

Dieta bez cudów

W mojej kuchni od poranka zaczęto skanować kody na opakowaniach produktów, na zawartość w nich calorii tych dobrych i złych, cukrów i innych utrwalaczy. Nie rozumiem tej logiki, jeśli logika może być nie logiczna.

Wczoraj lodówki można było nie zamykać, aż uchwyty były bardzo upaćkane. Z 8miu godzin pracy, moze 3 były efektywne, pozostałe przestane przed lodówką. Miniony tydzień bez GYM.

Aż, tu nagle zryw!!!! Siłownia, liczenie kalorii, opowiadanie co, jak, ile. Koszulka zrolowała się na brzuchu jak u misia uszatka. 2X za małe, 3X jeszcze pasuje. Jeśli dwudniowe odchudzanie będzie polegać na liczeniu kalorii i nic po za tym, efektów po roku nie będzie, chyba że w tyciu.

Diety cud nie było i nie będzie. Każdy musi zbilansować swoją dietę ( co spożywa) do własnych potrzeb. Pracowałam z weganką, od „traw” można również utyć, jeśli będzie się jeść 24/24. Tylko silna wola, pomoże nam przymknąć usta na 3 smaczną kanapkę, następną czekoladkę itp.

Nie ma bardziej szczerej miłości niż miłość do jedzenia! 😂😂😂😂😂😂😂

Życzę spokojnego dnia

Walentynki

Pamiętam pierwsze Walentyki w szkole u dzieci. One miały frajdę, trzeba było kupić jakieś skromniutkie prezenciki np: jajko niespodziankę lub coś w tym rodzaju. To było nowe święto jakie dotarło do naszego kraju. Początki były w przedszkolach i szkołach i tak raczkowało aby urosnąć i wejść już w dorosłe życie w tej chwili.

W ameryce Walentynki obchodzą wszyscy, starzy i młodzi. Jadąc do pracy zatrzymałam się aby kupić Pralinki. Zanim dojechałam zjadłam połowę opakowana, to było moje śniadanie.

Po powrocie do domku czekała na mnie niespodzianka: zupka z Panera, torcik, kartka Walentynkowa i tulipany w flakonie. Poczęstowałam MM Pralinkami i buziaczkiem.


Tel. Od przyjaciółki z Kanady.

Nie chciałam zakłócać jej soboty i niedzieli najzwyklejszym blabla..o wszystkim i niczym. Ostatnio skupiam sie na cebulkach tulipanów ale ileż można tego słuchać.

Odbieram… tydzień temu dokładnie w miniony poniedziałek upadła na oblodzonym chodniku i pękła kość udowa bliżej biodra. Nie dzwoniła do mnie wczesnej, żle się czuła to mało powiedzieć, czuła się tragicznie, pomimo tony środków przeciwbólowych. Ale się ciesze, ma opiekę. Syn na którego pomoc nigdy nie mogła liczyć i mąż zdrajca, dają z siebie wszystko. Na prawdę się cieszę. Jutro wizyta u specjalisty, życze jej wszystkiego dobrego. Pamiętam, kiedy miałam pęknięta główkę ramienia, doktor powiedział że byłoby lepiej gdyby sie rozleciała. Długo dochodziłam do siebe. Terapię sama sobie zrobiłam i jest 100% sprawna, nie potrzebowałam terapeutów. Pacjent lepiej wie co mu daje ulgę, co mu pomaga, wystarczy jego nakierować.

Ot i wieczór walentynkowy jest na ukończeniu. Jutro zostaje w domu, nie musze zrywać się z łóżka skoro świt.

Noc jest dowodem, że dzień nie wystarczy.

(Elizabeth Quin)

Antique Market

Dawno temu, na pewno 10lat już minęło kiedy z MM pojechaliśmy na pchli targ. Więcej było tam pcheł i śmieci niż jakichkolwiekrzeczy nie nie kupienia lecz oglądania. To był mój pierwszy i ostatni raz. Parę lat temu dostałam od koleżanki adres do Antique Market. Nie spieszno mi było, sprawdziłam stronę nternetową i moge powiedzieć, że rewelacyjna ale nie miałam zamiaru czegokolweik kupować na jakimś markecie. Nie kupuję urzywanych rzeczy osobistych: obuwia, pierścionków, kolczyków, zegarków bransoletek, ubrania. Chociaż zdarzyło mi się kupić futerko krciutkie, które mi jakiś czas służyło. Sukienkę letnią – po tygodniu wyrzuciłam i sweter biały, długi, który przywiozłam do ameryki i bardzo go lubię. Nie kupuję używanych foteli, kanap i materacy.

Postanowiłam w końcu odwiedzić to miejsce. W jedną stronę 45 minut jazdy samochodem, powrotna droga w milach taka sama, czasowo dłuższa. Kupiłam jedynie tylko jeden kryształowy kieliszek. Spędziliśmy tam ponad 5h.

Sprzedawane były rzeczy używane i nowe. Piękne meble, obrazy, biżuteria złota i srebrna, dywany, zasłony. Chodziłam podziwiałam. Wrócę po dywan, nie są tanie ale …. chcę podobny jak moja mamusia ma w dużym pokoju, czerwony. Wrócę po zasłony i donice.

Refleksja

Aktywna zawodowo, yardowo i rodzinnie, zapominam lub też z braku czasu, o napisaniu w moim osobistym pamiętniku kilku zdań o wydarzeniach z minionego dnia.

Często krytykuję MM, jego starzenie się. A przecież starzenie się to nie tylko uśmiechy, to brak pamięci, powolność, marudzenie, niechęć, ból i strach…itp. Niby pamiętałam, widziałam, przeżywałam z innymi osobami w rodzinie i po za nią, a jednak zapomniałam. A może od MM zaczęłam na jego starość, więcej wymagać. Możliwe, że chciałam zagłuszyć widok starzejącego się człowieka ze swoim widokiem w lustrze. Nie wiem, trudno mi to ocenić. Wiem, że zaczęłam się od MM oddalać, kiedy on wciąż trwał i trwa przy mnie. Nie chciałam i nie chcę widzieć jego drżącej prawej dłoni. Udaję, że nie widzę. A przecież coś się dzieje. Myślę, że nie idzie do lekarza bo nie chce usłyszeć diagnozy. To jego prawo, prawo wyboru, które na siłę chcę zmienić. Zwracałam uwagę na pierdoły..stawianie brudnych butów na stół nie widząc, że dla mnie chodzi 2 km z ciężarami w plecaku. Drapaniu widelcem po talerzu, nie widząc jego bąbli na stopach. Niby takie drobnostki a ja właśnie do tych drobnostek zaczęłam przywiązywać większą wagę, zamiast podtrzymywać jego na duchu, dawać więcej zainteresowania. Nie, nie krytykowałam MM za jego zachowania: butów, skrobania widelcem, smarkania podczas obiadu itp. wychodziłam na tę chwilę z kuchni. Nie krytykowałam ale zmieniałam się w zachowaniu do niego. Nie kłóciłam się tylko uciekałam na yard, a tam budowałam sobie skorupę. Można mieć skorupę ale trzeba zauważyć drugiego człowieka. Stałam się skorupiakiem, widzącym tylko swoje potrzeby. Wygodnie było i jest kiedy udaję że nie widzę lecz moje i MMa starzenie sie włazi przez każdą naszą komóreczkę do środka nas. Jestem aktywna, pełna wigoru ale czy ta aktywność jest taka sama jak u 30tki?

Wiem, że muszę „przemeblować” swoje postępowanie, nastawienie, myślenie. Większą uwagę skierować w kierunku swego męża, bo przecież chciałam zestarzeć się z nim, a teraz uciekam. Przecież byłam i jestem, wyrozumiała, cierpliwa, delikatna ale…. coraz mniej w stosunku do MM.

W tym miejscu chciałabym podziękować Tara53, której ostatnia notka na blogu zmusiła do refleksji. Dziękuję Ci. 🌷🌷

Komputerowy kapuśniak

Pół dnia siedziałam na redagowaniu emaila, z paragrafami, przepisami i cholera go jeszcze wie z czym. Zapisałam no zapisałam, i ….szlag go wziął. Dosłownie sekunda i miałam go wysłać. Nie wysłałam, wcięlo tak, że wykasowało!!!! Dobrze, że szczątkowe paragrafy zapisałam w notatniku. Nie, że byłam jakaś nierozgarnięta, każdy klik na klawiaturze był przemyślany. Cały dzień ciężkiej pracy na kompie, kliknęłam sejwuj!!!! Nie powiem brzydko … kilka godzin pracy poleciało w kosmos. Byłam wściekła, że nie przesłałam na adres pomocniczy. No coż, mgła mózgowa.

Ale co mi się udało, to się udało. Kapuśniak!!! Taki smaczny, że …a może po prostu byłam głodna. Ale domownicy chwalili. 😋

Jak by co to proście o przepis😁

Piąteczek ze zmianą planów

Nie powinnam planować, czasami no czasami planuję. Bo jak tak bez planu sadzić cebulki tulipanów. Zaplanowałam, na dziś. Po pierwsze, pogoda popsuła mi plan. Po drugie, lew dłoń zaczęła mnie boleć. Po zażyciu przeciwbólowej, było lepiej z dłonią ale wiatr targał drzewami. Zostałam w domu.

Z przerwali na kawę, relax i rozmowy z MM i nie tylko, sprzątałam parter. Nie spieszyłam się, tym bardziej że z głośników płynęła spokojna muzyka, która nie pozwalała na pośpiech. W spowolnionym tempie, sprzątałam do 7:30pm. Nie, nie dokładnie, kurze zrobiłam piórkiem. Przemieściłam kurz ale odkurzaczem wjechałam w każdy kąteczek.

Po zakończeniu sprzątania, mogłabym zacząć na piętrze, nie byłam zmęczona lecz postanowiłam zostawić na jutro.

Czy to postanowienie powinnam traktować, jako plan na jutro? Jeśli tak, to nie jestem pewna, czy nie ulegnie zmianie.

Wiosna już do moich drzwi puka

Przed zaparzeniem kawy, wyszłam na zewnąrez obejrzeć moje „pole”. Przykryte liśćmi było jedną zwartą brudno-brązową płaszczyzną, przykryciem, kożuchem. Nie mozna było dojrzeć skalniaka, nawet małpiej trawy. Nie zdążyłam ogolić we wszystkich miejscach małpiej trawy. Dokończę jutro. Moje „pole” nabiera „rumieńców”

Otrzymałam już 300 cebulek tulipanów.

Cebulki tulipanów

Cebulki w bardzo dobrym stanie i gotowe do pisadzenia. Zawsze kupiwałam jesienią i przechowywałam zgodnie z zaleceniami a i tak, zawsze połowa cebulet wysychała. Nie mogę sadzić cebulek jesienią ponieważ wiewiórki wykopują z zuemi. Worawdzie nie jedzą ale mam rabatki przeorane.

Piątek będzie bardzo pracowitym dniem.

Czas płynie a ja pływać jeszcze się nie nauczyłam

Dzisiejszego poranka poczułam sie tak, 100% zdrowa. Wcześniej i zdrowa i nie bardzo zdrowa. Przekonywałam raczej siebie do zdrowotności, że jestem zdrowa, że mam energię, że nic mi nie dolega, że jestem zdrowa. Wszystko robiłam na pół gwizdka. A jednak coś było, jeśli dziś czuje się wyśmienicie, no i mam porównanie, kilka dni wcześniej i dziś.

Zdejmuję ozdoby w domku bo jak nie było, trzeba doprowadzić dom do normalnej użyteczności a nie udawać, że może zostać. Swięta minęły a znimi świąteczny nastrój, za oknem piękne słoneczko świeci i powinnam przywrócić domowi nastrój wiosenny. O kurcze znów zapomniałam zamówić cebulki tulipanów.

Zamówiłam 400 cebulek tulipanów, 200 żonkili i hiacyntów 24. Cebulki będą dostarczone na poczatku lutego. Będę miała co robić. Z niecierpliwością będę czekać na pposadzenie i zakwitanie. Bo nie kwitnięcie daje radość, ale kiedy pojawiają się pąki, następuje moje aj, oj.


Tak, tak, mam znowu ręce pełne roboty. Zdejmuje ozdoby i gotuje barszcz ukraiński. Zachciało się zupki. Miała być pomidorówka. MM przypomniał o kapuście…może kapuśniak? Z kapuśniaka wyszedł barszcz ukraiński.

Bez ozdób świątecznych dom jakby pusty ale i wrażenie większej przestrzeni. Zostało powieszenie stałych obrazów na śicany i będzie zakończenie. Ustawiłam już ozdoby Wielkanocne.

Moje ulubione zajączki

Do świąt jeszcze daleko ale ten czas tak szybko ucieka, że … nie wiem czy ktoś zauważył, że do końca roku zaledwie 49 tygodni.

Dzień urodzin mojej córci.

U nas waga jest używana w ukryciu przez MM. Niechcący weszłam do łazienki, kiedy MM stał na wadze. Nie mogłam zapytać …ile ważysz?…lepiej nie, bo zepsuje mi cały dzień. Będzie bardzo niegrzeczny w swoich wypowiedziach, już przez to przeszłam. Zamknęłam drzwi, udawałam, że mnie nie interesuje, a MM wychodząc z łazienki nie pochwalił się spadkowym wynikiem. Nie musi, widzę jak zaczyna znów nosić przed sobą ciężar brzucha. Widzę co je i kiedy. Zasznurowałam swoje usta, kiedy mówi… dziś nic nie jadłem….., aż chce się powiedzieć … z głodu nikt jeszcze nie utył. Nie boiorąc pod uwagę specyficznych chorób, MM choruje na …wszystko smaczne.

Cudnie ze swoją córką rozprawiają przez telefon, o dietach i salach gimnastycznych. Co się powinno jeść, ile przysiadów zrobić. Jakie orodukty mają mniej kalorii, których nie piwinno się jeść.

Co drugą sobotę lub piątek spykają się na wielkim żarciu.

Każdego wieczoru u mnie jest wielkie szykowanie na GYM. Te spodenki, koszulka itd. Z rana wstaję…. O już wróciłeś? Jak było….wiem, że nie był na fitnesie bo wcześniej sprawdziłam na kamerkach. Za chwilę słyszę tysiąc wymówek. Dzisiejszego poranka nie było temperatury minusowej, nie padało, samochód sprawny i pełen bak, nie chciał mnie budzić bo chciał zmienić koszulkę lub spodenki. No nic, nie mój balon, nie mój problem. Tylko po jakiego licha, mówić mi o tym, że zrobi a nie robi. Bez sensu.

Ok ja nie będę mówić, że do pracy czas. Czas też wstawać z łóżka. Potrzebuję jakiejś wyciągarki, cieplutko w łóżeczku, że nie chce się go opuszczać.


Urodziny córci, minęły w milusiej atmosferze. Lata lecą, mijają, uciekaja. Corcia była i jest moim wymarzonym dzieckiem.

Nie byłam z tych kobirtek co każde dzieko sciskało i do każdego wózka zaglądała. Nie spieszyło mi się do posiadania potomstwa. Ale….miałam wizję, maleńka dziewczyneczka stanęła przede mną. Taka śliczniutka, nalutka. To był znak Mam córcię.

Staramy się zatrzymać miłe momenty w naszej pamieci. Pamiętam tylko swoje 18 urodziny. W każde swoje urodziny mówiłam… będę pamiętać…. Ale zapomniałam.

Zrobiłam kilka zdjęć córci, tak na pamiątkę.

Pracowita sobota

Jestem najzdrowsza. Ale gdybym była najchorsza to i tak nikt by szklanki wody nie podał, wszyscy ledwo dyszą. Jak będę już stara i samotna to doprowadzę wężem ogrodowym z końcówką z kranikiem wodę do łóżka. A może sypialnię zainstaluję w kuchni. Będę samowystarczalna. Z żarciem to problemów mieć nie będę. Zamówię jedną dużą pizze, a że jem jak kurczak to wielka pizza wystarczy mi na tydzień.

Już przeżyłam nie jedną głodówkę. Miałam 2 jajka i 1 jabłko. Usmażyłam jajka z jabłkiem. To danie miało mi wystarczyć na kilka dni. Przeżyłam i teraz dam radę.

Jestem najzdrowasza. Wczoraj nakarmiłam chorych plackami ziemniaczanymi. Maszyna mi tarkuje i smażę od razu na dwóch patelniach. Jednym słowem praca w rękach się pali .

Placki ziemniaczane

Jestem najzdrowsza, więc dziś nakarmiłam chorych objadem. Jeszcze nie jadłam tak pysznych kotletów mielonych. Wczoraj MM kupił dwa duże kawałki karkówki. Prosiłam jedną, ale dwie karkówki to nie jedna. Cudne mięsko bez kości. Jedną zmieliłam i upiekłam kotlety mielone. Drugą podzieliłam na sznycelki, bardziej tłuste będą do zmielenia. Na razie mięsko trafiło do zamrażarki. Zrobił mi też niespodziankę, kupił mi kwiaty.

Róże
Żółte margaretki.

Bukiet był z wielu gatunków kwiatów. Podzieliłam je na trzy wazony. Ten piękny wazon dostałam od syna na święta. Przypłynął z Norwegii.

Wazon na kwiaty.

W moim stanie nie ma kolorowego szkła, jeśli się trafi, to daleko wzorem do tego co lubię. Wzór wazonu jest z lat 60-70. Podoba mi się bardzo, bardzo.

Jestem najzdrowsza. Piekę ciasteczka serowe. Na święta piekłam, ale do świąt się nie zachowały. Upiekłam następną porcję. Dziś piekę z podwójnej porcji i bardzo szybko znikają. Ciasteczka w formie listeczka jest tylko na jeden kęs😋😁

Ciasteczka

Kupiłam wałek z wzorkami. Niestety ale się nie sprawdził. Na surowym cieście widać wzorki ale na upieczonych ciastkach już nie.

Walek do ciasta

Wałek przygotowany już do zwrotu. Mamy czas na odesłanie do 7 lutego, ale używać nie będę, jest bezużyteczny. Reprezentuje się na prawdę uroczo ale nie praktyczny. Szkoda, gdyby był użyteczny, zatrzymałabym go.

Chyba już jestem zdowa jeśli szaleję w kuchni.

Dziś też zdjęłam lampki z płotu. Świeciły kilka dni i …. przestały. Nie spieszno mi było zdejmować bo pochorowaliśmy się wszyscy. Zdejmując dziś lampki, odkryłam, że przewód został przegryziony. No kto po płocie skacze? Szara wiewióra. Dziś MM lampki odesłal i dziś nastąpił zwrot pieniążków na konto.

Pozostałe ozdoby będę zdejmować sukcesywnie i bez pośpiechu. Już są odłączone od elektryki w domku tylko choinkę wyniosłam a resztę będę zdejmować powolutku.

Wiele, wiele innych ozdób jeszcze do zdjęcia.

W poniedziałek mam test na covida i jeśli wszystko będzie dobrze, we wtorek czy chcę czy nie, muszę iść do pracy. Już rozleniwiłam się. Wstaję kiedy chcę, nic nie goni, nikt nie pędzi. Kładę się też kiedy chcę, chociaż z tym to akurat, jest jak było. Nigdy nie szłam spać razem z kurami, chyba że chora.

Albercik

Zapomniałam o Alberciku, toż to mój cykający i odmierzający czas co 15 minut, ulubieniec. Też mu przyczepiłam ozdoby. 😁

Wracam do kuchni. Muszę posprzątać po pieczeniu ciasteczek.

Beznadzieja

Nie udał mi się początek roku wg kalendarza rzymsko-katolickiego, spóbuję wg kalendarza gregoriańskiego lub grecko-katolickiego. Według tych wierzeń sylwestra obchodzone jest 13stycznia a Nowy Rok następuje z dniem 14 stycznia. Może ten kalendarz w tym roku będzie szczęśliwszy. Trzeba czegoś próbować, a nie siedzieć i czekać na trzęsienie ziemi.

Po „trzęsieniu ziemi” już w nic nie wierze i nikomu nie ugam . Nie, nie ryczeć nie będę ale wogóle to nie jest dobrze. Kuźwa kiedy nastąpi to dobre. Wydaje mi się, że nie zgrzeszyłam a ten krzyż który dźwigam jest zbyt ciężki.

To nic. Postaram się i to udźwignąć. Ale przyjdzie moment, że to wszystko ładnie mówiąc zostawie. A po mnie mogą być i zgliszcza.

W oparach chorób

Nie ma tak, że lepiej i łatwiej. Wychodzenie z problemów i chorób jest procesem długotrwałym. Nie pstrykniesz z palca i już…. jest po problemie, i po słonecznej stronie naszego życia. Naprawa wszystkiego ciągnie się, stajemy się bardziej niecierliwi czekaniem na to LEPSZE. Już światełko w tunelu widzimy, a po mrugnięciu światełko znika. Niech jasna cholera weźmie to mrugnięcie, czy nie mogłam dostać wytrzeszczu bez mrugania?

Zdrowieje, jak najbardziej, ale mam wrażenie, że covid umiejscowił mi się w jamie ustnej i ni jak nie chce ze mnie wyjść. Szorowanie zębów i płukanie nic nie pomaga. Zedre język do ostatniej żyłki jaką posiada i …. NIC nie pomaga. Gardło znów jakby bolące a nie bolące. Wiem, no wiem, że mam gardło przy każdym przełykaniu je czuję. A przecież już przez to przechodziłam!! Izoluję się!!!! Pomimo mojej izolacji i higieny, nie jest najlepiej.

Po południuMM upiekł zamarynowanego przed świętami kawał mięsa wieprzowego. Kuchnia pachniała przyprawami, mięsem i sosem. Zmarłago by z grobu podniosło, żywi pootwierali okna i drzwi. Zapach zapachem ale smak? Smak unosił pod niebiosa. Syn ktory z osłabienia padał mi na podłogę. Nie mogł ustać na nogach z galarety, poruszać nogami pod kocem ekektrycznym, po skonsumowaniu skromnego obiadu, przewrócił się o własnych siłach na bok. Nie krzyknę CUD, ale to najmilszy widok od kilku dni. Lekarz zlecił zrobienie następnego testu na covid. A jeszcze z soboty wyniku nie mamy. Więc, jutro rano pojedziemy na test. Z 35 skoczyło na 36,5 to już dobry znak.

Corcia zdrowieje, jutro na kolejny test też się wybiera.

MM zmęczony dniem pracy zawodowej, usnął w fotelu.

Jesteśmy zmęczeni covidem a raczej jego symptomami. Każdy z nas izoluje sie, maskę na twarzy nosi a jednak, covid nas meczy, przy braku potwierdzenia w przypadku dzieci. W moim przypadku brak symptomu ale pozytywny wynik.

Zaczyna doprowadzać ta sytuacja nas do szaleństwa. Rozmowy tylko przez telefon. Uzgadniamy kto jest w kuchni i kiedy ją opuści. Ciągłe wietrzenie domu. Jakaś psychoza nas dopadła.

Słodziutki

Wypiłam pół butelki, popijając cappuccino. Próbuję zabić wirusa. Alkoholików żadne draństwo nie bierze oprócz alko więc ….. może przestawić się tak na alko? A nie być tą… ą. i. ę. Ta moja starsza była zawsze z tych ełyt hrabiowskich ą. Ę.

Przestań być ą i ę bo idę do siebie… mówiłam. Madam to możesz sobie być ale nie przy mnie. Jak ona to robiła, źe się przestawiała, nie wiem, ale w sekundę była normalna. Taka swojska a nie wysoko postawiona.

Wracając do alko. Wypiłam pół butelki, stało to od Thaksgivinga. Wystarczy się naczekało. No i wlałam w siebie. A jak j uż spożyłam, to…. poczułam, że mi brakuje tej Baśki i Haliny. Starszej i młodszej. Bo zawsze im serce swoje oddawałam a te mendy mnie wykorzystwały. Nie, no bez obawy, nie wchodze 2 razy do tej samej rzeki.

Zaczęłam rozbierać choinkę.

Christmas tree

Nie idzie mi to sprawnie. Mam czas, dużo czasu. Teraz widać jakie to było chude. O matko i ojcze ja się upodabniam do tego czegoś. Wage musze wymienić bo źle się dzieje. Wirus wypił ze mnie wszystko co dobre i nie dobre, wypił nawet warstewkę mojego ulubionego sadełka. Nie, wagi wymieniać nie będę, nie będę na nią stawać. Lepsze wyjście i zaoszczędzę kilka $.

To jest jeden z wielu świątecznych prezentów

Zegarek do mojej kolekcji.

Nasz język ojczysty

Samopoczucie moje nie było dziś w 100% dobre, ale zwalczyłam wszelkie osłabienia na tyle, aby w godzinach popoludniwych włączyć internet.

Kilka godzin poświęciłam na obejrzenie wykładów profesora Jana Miodka. Polska to trudna języka – mogłabym powiedzieć, lub też język polski jest cool. Tak czy siak, polonistą nie jestem i daleko mnie do poprawności językowej wypowiadanej jak też pisanej, bliżej mi do rentowności i kapitalizacji. Pomimo tego śmiem stwierdzić, iż profesor Jan Miodek jest jedynym znawcą naszego ojczystego języka. Wykłady jego są przejrzyste i trafią do każdego językowego ignoranta.

A więc, nie było czasu na nudę. Zawsze potrafię znaleźć coś dla siebie.

Romans ze sobą 🌷❤️

Jeśli chcę pozbyć się covida raz i definitywnie, musze przestrzegać jednej i najważniejszej zasady:

IZOLACJA

W moim przypadku izolacja od MM. Ktoś powie, że przyczepiłam się jego jak rzep psiego ogona. No niestety, siedzi w fotelu ze zjętą maseczką i kaszle. obraża się, że siedzieć z nim nie chce. A no, nie chcę i nie będę. Swoje posiłki konsumuję w swojej sypialni, gdzie tylko i wyłącznie zdejmuję maskę. Nie nudzi mi się samej. Uwiłam sobie gniazdko i jest mi milusio i dobrze. Tu otwieram okno i nikt mi nie mówi …. Oj wieje….

Z rana zawiozłam syna na PCR test, dostał zwolnienie z pracy na następne 3 dni. Trudno powiedzieć na co choruje i od czego gorączka się utrzymuje, możliwe że jakiś szczep innej grypy.

Ja czuję się dobrze i mam w planie odpoczynek przy czytaniu szeleszczących kartek książki. 😁📚

Zanim wzięłam książkę do ręki, postanowiłam zrobić paznokcie. Włczyłam cudną nastrojową instrumentalną muzykę i bez pośpiechu opracowywałam paznokcie. Pomalowałam pomarańczowym kolorem o odcieniu pomidorowym. Między czasie delektowałam się popołudniowym cappuccino. Nic nie goni, nic nie pędzi, wszystko na luzie. Nawet głos MMa z drugiego pokoju byl mi obojętny i go zignorowałam ….ja się nudzęęę…

Kamerka dokładnie nie oddaje koloru paznokcia jaki jest w rzeczywistości. Pomarańczowy pomidor najbardziej mi pasował.

A ja się nie nudzę. Nareszcie, powtarzam, nareszcie mogę czas spędzić ze sobą. Nareszcie jest mi dobrze, spokojnie, miło i przjemnie. A tak martwiłam się co ja będę robić na emeryturze.

Będę romansować ze sobą!!!!!

Rozpieszczać siebie.

Śpiewać dla siebie.

Tańczyć ze sobą.

Słuchać muzyki w swoim towarzystwie.

Bardziej kochać siebie.

Tylko muszę jeszcze trochę poczekać.

2022 ROK ROZPOCZĘTY

Prawie mi się udało. Nie było domu pogrzebowego ale szpital to już się zrobił. Z rana MM mnie obsługiwał. Po polepszeniu się mego zdrowia obslugiwałam syna a za chwilę MMa.

Koło 8 pm zdjęłam pidżame i ubrałam się bardziej przyzwoicieć. MMa zwaliło całkowicie włącznie z biegunką. Co je i podjada to ja nie wiem, bo te podjadane ukrywa. Wystąpił stan podgorączkowy takie 36,8 -37 nawet nie potrzebowałam podawać termometru. Syn podobnie przeszedł biegunkę, stan podgorączkowy i obaj pocenie się osłabienie, ból głowy. Nie jedzą tego samego, więc biegunka miała inną przyczynę. Stres?

Zamowiłam pizze i skrzydełka w sosie miodowym BBQ. Picie procentowe i nie pozostało poświetach. Córcia kupiła szampany i sushi. No niestet MM nie był w stanie zejść na partet. Syn również nie był w formie ale przyszedł o 11:30pm. Petard mieliśmy na 30 minut nonstop strzelania. W tym roku wyjątkowo, więcej było strzelających.

Było bardzo przyjemnie. Nie, nie zapomniałam o MM. Zaglądałam, ale on prawie cały dzień spał, podobnie jak ja.

Nie ważne nastroje, bo nowy rok bez względu na nie, zawsze rozpoczyna sie 1stycznia.

Ustąpić miejsca

Miniony miesiąc nie należał do dobrych, cały rok również nie był dobry. Miniony i ten tydzień, lepiej nie wspominać i niech odejdzie w zapomnienie. Niełatwo a wręcz niemożliwe do wykonania, wykreślenie minionego dnia, tygodnia, miesiąca. Wszystkie dni przeszły do historii.

Cieszę z drobnostek, nawet bałagan jaki w domu stworzyłam napawa mnie radością. Jeszcze potrafię coś zrobić oprócz ukradkowego wycierania łez.

Świąteczby bałagan 1
Świąteczny bałagan 2

Nie jest łatwo. Każdy z nas inaczj przeżywa i każda sytuacja może być podobna ale jednak inna.

Robię więc bałagan. Choinkę kupiłam, inna niż dotychczas. Choinka Art. Nie ma za wiele gałązek ale za to grube igły.

Choineczka

Nie wiem, ale stanęłam przed nią i bardzo długo ją oglądałam. Takie coś a zapach powalający, cena również 250$. Zdecydowałam i kupiliśmy. Teraz wyzwaniem będzie dekoracja tego fajnego, uroczego wiechecia, roztrzepańca.

Lampki powiesiłam i zdjęłam. Zastanawiam się jakie bąbki i ile. Więcej na nią patrzę niż wkładam pracy. Siedzę, patrzę i widzę tylko kilka bombek, sznur światełek, łancuch błyszczący i koraliki. Myślę, że to będzie dobry pomysł. Czym dłużej na nią patrzę, tym bardziej mi się podoba. Inna, smukła a za razem roztrzepana. W dotyku mięsista aż palce w delikatne i długie igiełki wchodzą.

Cudo, wspaniałe nie spotykane cudo natury. Urosła ale nie rozwinęła się, zabrakło … słoneczka. A może za dużo człowiek ingerował w dna i przedobrzył. Żywot zakończy w moim domu i oby jej dobrze było w tych ostatnich dniach jej bytności.

Wsztstko się kończy aby nowe mogło nastąpić.

Dynamit

Nic złego nie podejrzewam i nic grożnego ale….muszę udać się do lekarza. Wiadomo upadłam kiedyś tam, ale zaczął mi boleć oczodół. Mruganie jest już odczuwalne, przy dotyku powieki również czuję dyskomfort. No coś się dzieje. Córcia twierdzi że jest sinak ale ja go ujrzeć nie mogę. Narośl po upadku rozmasowywałam i się zmiejszyła ale, to ale mnie zaczyna trochę niepokoić. Tym bardziej małe dzieci mi się śnią. A to już bardzo źle. Dzisiejszego popołudnia było już za późno na ustalenie wizyty lekarskiej, tel. milczały lub … bla bla bla dzwonic po karetkę bla bla bla. Zanim jutro ja wstanę mąż sprobuje zadzwonić. Może się uda na jutro, byłoby dobrze. Z przychodni dzwonili w tygodniu, że mam przyjść na kontrolę ciśnienia krwi. W takim razie upiekłabym dwie pieczenie, oko i serce.

Od dzisiejszego popołudnia rozmawiamy z MM tak (90%z mojej strony) bardziej normalnie, nie przez zęby czy służbowo. Za wcześnie jest dla mnie na poufności i otwieranie się mentalne. No, zranił mnie i jeszcze to przeżywam, przeżuwam, memłam. A tak naprawdę, analizuję. Życie nie jest białe i czarne, ma jeszcze mnustwo innych kolorów i te kolory mi się zamieniły w różne oddcienie szarości. Jeszcze troszkę a odzyskam równowagę.

Kiedyś pisałam o pracy jaką wykonuję na podwórzu i w domu. Praca fizyczna to moje lekarstwo, pozwala mi zapomnieć o bólu, rozterkach, problemach które urastają w mojej głowie do tragedii. Nie, nie wybucham, zawsze tłumię w sobie i praca pomaga mi wyzwolić się z tego dynamitu jaki w sobie noszę. Bo co ludzie zawinili, że jestem jaka jestem. Teraz mamy ponownie więcej dni deszczowych i z przymusu po pracy, jestem zamknięta w domu.

Oooo mam pomysł. W następną sobotę muszę iść poskakać/potańczyć. No i zapisać się na GYM w końcu. Medytacje? Próbowałam, to nie dla mnie, ja muszę spalić ten dynamit a nie przez dziurki w nosie wypuszczać.

Jutro podobno nie będzie padać, będę kontynuować świąteczne ozdabianie. Plany planami a jak wyjdzie zobaczymy.

Noc duchów

November 1st jest dniem pracującym. Nie ma zmiłuj sie nawet dla uczniów. Pierwszy raz przebudziłam się po 5 minutach snu. Organizm był gotowy do działania. Od 3 do 5 rano próbowałam zasnąć, bez powodzenia. Ostatecznie około 3 godziny miałam przespane.

Może obudzio mnie zimno? Szalony MM obniżył temperaturę. No kurcze ale nie nałoże na głowe koca elektrycznego, czapkę mogę ale to przesada robić w domu lodówkę kiedy na zewnątrz dzis 8C. I co z tego że na plusie, sam plus nie doda ciepła. A 8 to nie 22. Gdy przebudziłam się o 3 z zimną głową, podwyższyłam temp i mogłam sobie leżeć odkryta. W sypialni zrobiło się cieplutko.

A po pracy!!!

Do domu dotarłam w niesamowicie dobrym nastroju. Przewitałm pieski. Wytarmosiłam je i MM. Szczęśliwi moi domownicy to i ja szczęśliwa. Ale coś poszło nie tak. Nie umiem się kłócić, no nie umiem, a przeciwnik nie jest zainteresowany, dyskusją. Po usłyszeniu pierwszych kilka „słów” opuszczam pola bitwy. Nie jestem zainteresowana zrobienie komuś przykrości. A mogłabym mogłabym to zrobić. Wyszłam na spacer, wylałam mały staw łez.

Gdy wróciłam przypomniałam …że swemu Tatusiowi nie zapaliłam świecy. Postawiłam Tatusia zdjęcie, zapaliłam świecę, włączyłam Tatusia muzykę i z tęsnoty, żalu i niemożności niesienia pomocy mamusi rozryczałam się jak 1000 bobrów. Całe moje życie wierzyłam, że swoich rodziców ustrzegę przed złem, przed starością i śmiercią. Niestety, los za mnie zadecydował. Moi rodzice również wierzyli, że ja jedyna dam im oparcie. Nie dałam, mentalne tak ale fizycznego tego namacalnego od wyjazdu z Polski, nie dałam. Nie ustrzegłam ich przed moimi siostrami i jest mi z tym bardzo ciężko.

A ten mój wyskakuje mi, ze swoim nożem, bo kuźwa w komplecie nie ma noża kuchennego z ząbkami. Bo to jego matki. Jakiej matki? O jakiej matce on mi mówi. Która lała go gdzie popadnie, ojciec go nie chciał matka też. Żeby uciec przed „kochającą” matką, uciekł do wojska i zaraz na wojnę. Jaka to kobieta której mieszkanie socjalne po jej śmierci było jak pijacki chlew. Sprzątałam i widziałam. Nic nie dostał od matki oprócz razów i teraz matka? Zabrał po śmierci ten stojaczek z nożami w którym brakowało dwóch noży. I teraz to jest jego dziedzictwo? !!! Położyłam ten nóż do szuflady, ponieważ był tak umieszczony w stojaczku, że tylko się w pierwszej kolejności po jego sięgało.

Kupię sobie swoje noże. Tylko nie rozumiem dlaczego MM zaczyna dzielić rzeczy na moje i twoje. Starość?

Kiedyś taki nie był.

Może to wina wirusa? Za długo siedzi w domu, pracuje, nie ma kontaktów z ludźmi. Ekran komputera to praca i konferencje, nie ma luźnych rozmów, żartów. Ludzie stają się dzikusami, chamami.

W smutnym nastroju podreptałam do sypialni. MM już spał, podeszłam, pogłaskałam po policzku. Przebudził się, ze smutkiem spojrzal mi w oczy i ….. kocham moją krysie….

Za chwilę i ja usnęłam.

Sens bez sensu

Popijając kawę i patrząc przez okno na mokry poranek, spływające krople deszczu po szybie po wciąż zielonych liściach drzew, zastanawiałam się nad …..sensem życia.

Ok już się nie zastanawiam. Bo po jaką cholerę. Żyję bo żyję, mam się dobrze, a jak mam się czuć po 4 kielichu czerwonego wina. Tym bardziej jak nade mną „gwiazdy” świecą i dostarczane jest żarełko.

„Gwiazdki” dostarczone przez amazon zostały dziejszego wieczoru. Tym razem nie będę drzewka wynosić na zewnątrz. Kilka lat temu miałam podobne, z białymi gałązkami. Również pięknie świeciło ale przestało, gwarancji nie zachowałam. Trafiło na śmietnik. Nauczona doświadczeniem, mimo, że jest do korzystania na zewnątrz, drzewko zostawię w domku bez narażania go na ulewne deszcze. Gwarancja na rok, tym razem zachowam.

Żarełko super. Wczoraj kupiłam w Farmers Market ruskie salami z sadełkiem. MM nie bardzo polubił. Dziwne, przecież stał się wszystko jedzący. A ja lubię i kupiłam ogromniastą pałkę tylko sobie. Mam dość amerykańskich szynek, czasami potrzebuję Europy i niech będzie i czegoś wschodniego. W Rosji żarcie mieli wyśmienite ale na Węgrzech salami było superowskie, kurczaki z rożna najlepsze w Bułgarii a proszek do pralki automatycznej tylko z Niemiec. Kupiłam też pielmieni, malucieńkie pierogi. No wprost uwielbim pielmieni ukraińskie. No i na zaspokojenie głodu pierogi z kapustą. To jest niebo w gębie. Nie lubię takich stwierdzeń, tym razem innego nie znalazłam w swojej głowie po 4 kieliszku czerwonego wina z zawartiścią 14% alko.

Spytałam dziś MM od jakiego okresu jego matka zaczęła pić. Nałogowo od jego średniej szkoły. No to mi alkoholizm już nie grozi. MM nie zaznał szczęścia w swoim życiu ( pomijając moją skromną osobę😊). Matka jego nie chciała, ojciec też nie był zainteresowany. Dziadkowie nie z prostej linii genetycznej, też nie bardzo. Piewsza małżonka chciała tylko jego portfel. Oddał wszystko do ostatniej skarpetki, taki był chojny.

Po wielu latach….

I tu naraz w inernecie na megafriend.com spotkał taką jedną polkę, która jasno określiła co chce i czego oczekuje. Nie męża i nie kochanka tylko nauczyciela, który pomoże jej w nauce j. angielskiego.

Ok, odbiegam od tematu…Sensu życia… A bo wiecie, ten rok minął mi bardzo szybko. Nie pamiętam z tego roku wiele. Stres gonił stres. Mieć męża każdego dnia, to dla mnie przeżycie. Dlaczego? MM był w rozjazdach, pracował zawsze TAM GDZIEŚ. A ja w domu sama. Robiłam co chciałam, oczywiście że wciąż pracowałam zawodowo ale wracałam do czystego domu. Wracałam do domu i nikt mnie o nic nie pytał, nikt mi w momencie kiedy chciałam sobie coś upitrasić nie stał na drodze i nie zajmował akurat tego palnika gazowego na płytce z ktorego ja chciałam skorzystać. Wkurzam się kiedy wracam z pracy do domu, muszę zaczynać od mycia kuchni. Najpierw blaty kuchenne, płytka gazowa i zlew. Dostaję zielonej gorączki przy zlewie. Czy to nie można spłukać zlewu, wycisnąć gąbki. Nie! Trzeba czekać aż w kątach zlewu pojawi się coś zielonego. I wtedy pytanie leci w moją stronę. A co to jest?

Po cholerę tłumaczyłam od czego i co to. Już nie doprowadzam do takiej sytuacji bo cały dom zgnije. No ja głupia chciałam pokazac, nauczyć, wytłumaczyć. Sama zapuściłam zlew i sama wyszorowałam. Przecież gdzie woda tam i wilgoć, gdzie wilgoć tam i grzyby rosną. Kurcze komu chciałam wytłumaczyć? No i gdzie jest sens? Jak można wytłumaczyć, że dżemu nie nakładamy na łyżeczkę ponad brzegi bo zleci, obślizgnie się i na podłodze będzie ślisko. No cóż, biorę szmatę i myję bo sama sobie zęby wybiję, przy pierwszym poślizgu.

Ludzie wypiłam 5 lampkę wina a sensu życia jak nie było tak nie ma. Alkoholikiem nie zostanę bo w poniedziałek trzeba śmigać do pracy.

Co jutrzejszy dzień przyniesie? Powinnam spytać…. co amazon mi dostarczy. Moj koc ekektryczny wysiadł, pojechaliśmy wczoraj do sklepu i wróciliśmy z nowym. W nocy, a w nocy na włączonym 1 lewelu grzania, parowałam, gotowałam się. Dobrze, że skóra mi nie zeszła. Amazon przyszedl z pomocą, zamówiłam i przy okazji nie tylko kocyk elektryczny, przecież idą święta.

O cholera!!!! Siedzę i bzdety piszę a pościel nie nawleczona a jest 10:00pm

Blogowe porządki

Chociaż drzewa są wciąż zielone, idzie jesień, a z nią długie noce i krótkie dni.

Dziś deszczowo

Po pracy, nie mam ochoty na porządkowanie i układanie w szafkach, właściwie robię to na bieżąco. Wczoraj wyszłam na pole podmuchać opadłe liście i żołędzie.

Znalazłam inne zajęcie. Porządki na blogu. Zajmie mi to na pewno kilka miesięcy. Każdy post który przeniosłam na prive chcę przeczytać i dopisać teraźniejsze spostrzeżenia. Chcę też przenieść wpisy z bloga już nieaktywnego i trzymać wszystko w jednym miejscu.

Czeka mnie dużo pracy. Gdybym nie była aktywna zawodowo było by szybciej, myślę że do marca dam sobie radę.

A jak pójdzie, zobaczymy.

Dziś naszły mnie chęci na zrobienie ciasta z truskawkami. Wprawdzie proszek do pieczenia przeterminowany ale do sklepu w ten deszcz nie pojechałam. Zajrzałam do piekarnika, ciasto wypełnia wolne miejsca pomiędzy pokrojonymi truskawkami a niektóre worost pochłania. Dobry znak, ciasto rośnie. Do ciasta zrobię krem z śmietany kremówki i myśkę, że będzue super słodziutki wieczorek.

Ciasto się udało!!! I o to chodziło. A że MM musi dietę MŻ (mniej żreć) stosować to dostał o 4pm jawałek i na tym koniec z żarciem, bo przeniosę go do gościnnej sypialni. Je to tyje, jak tyje to chrapie, a to jest do niewytrzymania. A tak ładnie wyglądał jak UPS pracował. Minęło i chyba nie wróci tym bardziej, że dziś ciastem truskawkowym nakarmiłam.

No przykładam rękę do jego tycia oj przykładam. Ale nie pozwoliłam więcej jeść . Ciasto zjadł po 4pm i nic więcej. Oby jutro nie odbił sobie.

Komarowa przyjaźń

Nastały piękne dni, jeśli mówić o pogodzie. Nareszcie można wyjść o poranku z kawą na deck. Nie trzeba wieczorem skręcać parasola i przykrywać mebli ogrodowych. Wprawdzie o poranku jest 18C ale i o to chodziło, żeby słońce nie piekło, smaliło, parzyło. Żeby też i nie lało i nie robiło sauny na powórzu.

A więc, wyszłam z kawcią na deck i zachwycam się spokojem. Spokój? Żołdzie spadają z drzew z hukiem. Parasol chroni przed urazami głowy. Już nie raz myślałam żeby sobie hełm sprezentować. Jeśli chodzi to moje urazy: prawe kolano boli i na nie, nie mogę uklęknąć nawet na miękkie podłoże, lewe kolano jest w lepszej kondycji. Dłoń się zagoiła. Szyja czasami daje znać o sobie. Policzek zagojony a przy lewym oku narósł podskórny guzek. Jeszcze rozmasowywać go nie mogę, wciąż trochę boli. Za tydzień lub dwa będzie (tak myślę) dobrze.

Za pół godziny przyjedzie serwis sprejujący yard przeciw komarom. Tych owadów jest bardzo dużo. Mam różne specyfiki, świece, pochodnie itd, ale na taką ilość komarów powinnam brać kąpiel w OFF Deep Woods

To nie jest reklama!!!!!

Komary już się uodporniły na wszystkie rodzaje anty. Świece również mało pomagają. Spryskanie przez firmę pomaga na około 20 dni. Dają gwarancję na 30 ale z mego wieloletniego doświadczenia, 30dni to jest tylko chwyt reklamowy. Z 20 dni spokoju również jestem zadowolona. Po spryskaniu nie wolno wychodzić na zewnątrz zwierzaczkom i ludziom przez 30 minut. Zdaję sobie sprawę, że chemia zabija nie tylko komary i kleszcze, ale jestem zmuszona się bronić, pamiętając o tym, że komary i kleszcze przenoszą różne choroby, czasami tragiczne w skutkach. Jak najbardziej, są i inne sposoby walki z owadami, wypróbowałam chyba już wszystkiego łącznie z czosnkiem ale nie sposób obsadzić całego yardu czosnkiem którego listki dają zapach po ich złamaniu lub roztarciu. Podobno komary wyczuwają czosnek z daleka, tylko nie dotyczy to moich☹️komarów. Niedaleko mamy strumyk, brzegi strumyka są w postaci naturalnej, zalesionej i bagnistej. I tutaj mogę powiedzieć komarom … witam…. Nie tak daleko jest dość rwąca rzeka i jezioro. Z tamtych okolic, moim zdaniem nie przylatują.

Zdjęcia sprzed 10 dni, wyskoczyłam między jednym a drugim deszczem. Ludzie wymęczeni tygodniowymi deszczami wyszli podobnie jak ja pooddychać świeżym powietrzem. Po godzinnym odpoczynku trzeba było uciekać, zaczęło padać.

Pan od spryskiwania przyjechał. Mam czas na przygotowanie się do prac polowych.

_____________

Po sprystaniu, komary śpiące, zdychające, w takim stanie że mogę w dłoń złapać. Niewiele jest takich śniących komarów. Bez dodatkowego spryskiwania całej mojej osoby mogę siedzieć na decku i popijać frappuccino.

Przypomnienie o sobie

Uwieńczeniem (jeśli można to tak ująć) moich stresów, problemów, kłopotów, był mój poranny upadek, groźny z wyglądu ale (na szczęście )w skutkach już mniej groźny. Teraz obita z mniejszymi i większymi ranami leżę w łóżku. Oglądając filmy z przykrymi upadkami, zawsze zwracałam uwagę na odbicie się głowy od podłoża. No to przeżyłam odbicie się mojej głowy od betonu a padałam na twarz. No nic zagoi się, dojdę jakoś do siebie, wyleczę się, nic nie połamałam.

Zajmowałam się innymi, pomagałam i pomagałam. Głowa pełna trosk o innych. Zapomniałam o sobie. Zostawiłam siebie gdzieś daleko, jakbym nie istniała dla siebie. Zabiegana, zapracowana, bez odpoczynku biegłam przed siebie i tak przez całe życie w biegu. Przysiadałam jak już biec i pracować ze zmęczenia nie mogłam. Szkoda mi było czasu na odpoczynek. Odpoczywałam zmuszona do odpoczynku, przystopowania, zatrzymania się. Ostatni wyjazd był niewypałem, więc …

Wszystko było ważniejsze dla mnie odemnie samej. No taka moja natura.

Na raz wielkie bum o beton kością policzkową. Ułamek sekundy i uleciałam, straciłam przytomność? Krew polała się po oku, policzku na sweter. Na dłoni i kolanie zdarta skóra, krwi mniej ale też boli. Boli też druga dłoń i kolano. Szyja i kość policzkowa najbardziej ucierpiały. Teraz, dopiero teraz zrozumiałam, że ja mam być dla siebie najważniejsza a inni dadzą radę bezemnie.

Teraz oni martwią się o mnie, teraz ja obdzieliłam innych swoim kłopotem. Kurcze, nogi zaczynają boleć. Chyba teraz wszystko odchodzi. Przeciwbólowa tabletka.

PYTANIE

Dlaczego nic nie jadłaś?

Czy będziesz dziś zupę gotować?

Dlaczego tutaj sama siedzisz?

Czy pójdziesz ze mną na spacer?

………………………………………………..

Czy pozwolisz mi nic nie chcieć?

Ciąg dalszy …Trwoga…

Syn siostry odłączony od respiratora lecz ….. nie podjął oddychania samodzielnego

Co dalej? Żadnych prognoz…oczekiwanie.

Mam nadzieję, że organizm zawalczy.

_____

MM wraca dziś z pracy. W tym i przyszłym tygdniu pracuje na Long Island/NY. W domu będzie koło północy. Czy będę czekać, nie wiem. Jutro mam do pracy. Jeśli usnę to budzić mnie nie będzie.

Doczekałam się MM, przywitałam.

PIĄTEK

Próba odłączenia od respiratora się powiodła. Ma jeszcze zaniki pamięci jakieś majaki ale wraca do zdrowia. Rokowania bardzo dobre.

Cieszę się😁😁😁

Rosołek

Dziś wyjątkowo jadę do pracy na 1pm. Nie musiałam zrywać się z łóżka, w pośpiechu wypijać kawę i lecieć na złamanie karku. No nie dosłownie. Leniwie wstałam z łóżka, w lusterku obejrzałam zmiany na twarzy po użyciu nowego gold kremu, po jednorazowym użyciu nic a nic nie spostrzegłam. A szkoda bo chciałabym zauważyć coś co mnie zaszokuje ale w dobrym kierunku. Wzięłam lusterko 10x powiększenie i ….. NIC! Na ulotce wprawdzie pisało 28razy użyć. No dobra, cudu nie ma. Przeczekam te je 27 dni.

Po wałęsaniu się w pidżamie po domu. Zaczęłam gotować rosół. Coś z czasem trzeba zrobić. Coś pożytecznego.

Nie wiem jak u was, ale u mnie od jakiegoś czasu, udka kurczaków są z żywą krwią. Co producenci robią takiego, że w udkach pozostaje krew? W jaki sposób zabija się te stworzenia? Jestem zszokowana, co nie znaczy, że z dnia na dzień zastosuje wegańską dietę.