Niedziela – groch z kapustą😂☹️

Z zaplanowanego spania w sobote do 10am, wyszło spanko do 9am. Można sobie planować, pani Życie skoryguje. Więcej planów nie mam, polecę z żywiołem. Podobnie wczoraj po pracy. Otworzyłam lodówkę. Truskawki kupione kilka dni temu, czekały na zużycie. Za duże opakowanie aby je zjeść wszystkie. Zostawiłam na chwilę truskawki ale wyjęłam zakwas z lodówki. Upiekłam chlebek. To była chwila😁😁 Pyszniutki.

Wyjęłam truskawki z lodówki już miałam pomysł. Pomysł na ciasto truskawkowe. Wyszło? Wyśmienite!!

Po sobotnim śniadanku już jestem. Oczywiście, że zjadłam kawałeczek ciasta truskawkowego😋.


Polecieliśmy z MM z żywiołem. Na początek sklepy. Kupiłam flakon na kwiatki.

Ciągle zmieniałam flakony w hollu, nie pasowały. Dziś kupiłam, postawiłam. Ceny nie obrywam, możliwe że odpodoba się. W następnym sklepue kupiłam letnią bluzkę, ceny już obcięłam. Zwracać nie będę, jest cudna. Zajechaliśmy na lunch a po nim, po odtatni zakup. Palemkę.

Dawno temu w Polsce miałam palmę. Liście palmy zginały się przy suficie i opadały w dół. W pokoju stały dwa fotele kontiki i sofa, mała komoda i ogromna palma. To tylko wspomnienia. Po palmie i meblach nawet cienia nie zostało.

Na deser mieliśmy ciasto truskawkowe, które zjedliśmy “pod palmą”. 😁


Niestety syn mojej starszej siostry jest pomiędzy haucynacjami a rzeczywistością. Rzeczywistości jest mniej. O wypisaniu do domu nawet mowy nie ma. Co dalej? Rokowania dobre ale stan pacjenta bez zmian. Podtrzymuję siostrę jak mogę ale uważam na słowa aby nic nie obróciło się przeciwko mnie.

Mam nadzieję, że wyjdzie z chrześniak wyjdzie z tego.

Na kichaniu się nie skończy…

Te latające stworzonka z niecierpliwością czekają na moją słodką krew. A jutro muszę, no muszę wyjść i podmuchać paprochy. Jest ich tak wiele a pieski wnoszą to wszystko do domu.

Przyczepia się pieskom do włosów. Moje pieski nie mają sierści, pudle mają pieskie włosy. Odkurzać mi się każdego dnia nie chce. Szybciej jutro podmucham to i w domu będzie czyściej. W tym tygodniu tylko w czwartek pracuję, więc … w zasadzie mam wolne😁. Dziś dokumenty porozkładałam gdzie się dało, na podłodze też, ale pracy to było bardzo mało. Coś tam posortowałam, jakieś emaile wysłałam i na tym moja praca się zakończyła. Czas jeszcze nie nagli to i można lenia poudawać. Do lenia mi daleko, bo trzeci dzień piekarnik chodzi na pełnych obrotach. Zaczęło się od upieczenia maciuteńkuego bocheneczka chleba na zakwasie. Musiałam upiec następny bo ten pierwszy prawie zjedliśmy z MM. Międzyczasie zrobiłam ciasto na bagietki, wyszły trzy dorodne. A że praca od kilku dni w rękach się pali to zrobiłam bułeczki drożdżowe. Oj ja stara i głupia, nie trzymałam się sprawdzonego przepisu, ciasto drożdżowe zrobiłam wg przepisu kucharza z nikąd. Nooooo kurcze, miało być perfekcyjne a wyszło betonowo. Dobrze, że porcji nie podwoiłam. Na drugi dzień, nie poddałam się i zrobiłam tradycyjne ciasto drożdżowe na bułeczki z dżemem figowym ( zamawianym online z włoskiej strony w usa). Bułeczki zniknęły w tri miga. Betonowa jedna bułeczka zaliczyła wpad do kosza. A bym zapomniała, kajzerki już drugi dzień piekę. Schodzą jak z taśmy jeszcze parujące!!! Mam frajdę, radość i ogromne szczęście, że mam w swoim domu wielu zjadaczy pieczywa. Nie samym pieczywem człowiek żyje, zrobiłam wczoraj gar gołąbków. Smaczniutkie i pachnące.

Córcia jest na etapie poszukiwania domu. Rynek nieruchomości w czasie covidu powinien być uśpiony, ludzie jakby nie było potracili swoje posady, mniej zarabiają bo cięcia etatów. Nic bardziej mylnego, niektóre domy nie trafiają nawet do internetu, jeśli pojawiają się to z informacją, że sprzedane lub w procesie podpisywania umowy. Z tej też przyczyny córcia wzięła agenta nieruchomości, który to ma za zadanie wyszukać domu wg jej preferencji. Obejrzała już dom ale….po dyskusji ze mną, zrezygnowała. Znam swoją córcię, brać na siłę, tylko dlatego, że MM czasami marszczy brwi to nie jest powód. Ja swojemu wytlumaczę i masaż czoła i nie tylko zrobię.😁Jeśli ktoś ma myśli zbereźne to plus dla niego😁. W tej chwili ten post powinien być od lat 18-tu. Tylko nie jedna, nie to że 18-tka ale 13-tka lub 15-tka nie jednego by mnie nauczyła. Oj… mówię o matmie i fizyce. A więc, nie lubiąc planować, zaplanowałam na jutro dmuchanie decku i chodników, podjazdy mam ogólnie czyste.

Różnica między wielbłądem i człowiekiem – wielbłąd może pracować przez tydzień nie pijąc; człowiek może przez tydzień pić nie pracując.

Julian Tuwim

Wkurzyłam się!!! I coś bardziej na spokojnie. 😁

Czytam wypociny jakiegoś redaktorzyny… a oni nie zrobili nic…

https://www.se.pl/auto/nowosci/ciezarowka-zahaczyla-dzwigiem-o-wiadukt-rozbawieni-swiadkowie-nie-zrobili-nic-by-uniknac-wypadku-wideo-aa-8SXM-hN8C-eLSn.html

i mnie normalnie, normalnie poniosło. Co powinni zrobić? No co?

Ja zrobiłam, robiłam i próbowałam policję zmobilizować do działania!

Co? Nic!!! Chciałam dać dzieciom przykład obywatelskiej postawy i obowiązku. I co? I pstro! Byłam zawiedziona a moje dzieci jeszcze bardziej. Policja zgłoszenie olała.

Przede mną jechała ciężarówka wężykiem, że wężykiem to jeszcze nic. Drzwi od szoferki z prawej i lewej strony machały się jak chorągiewki na silnym wietrze. Kierowca hamował, przyspieszał i łapał to lewą stronę a to prawą stronę dwupasmówki. Zadzwoniłam na policję, dałam namiary i podążałam za ciężarówą stawarzającą jakby nie było niebezpieczeństwo. Co z tego że podałam numer rejestracyjny, że pianego kierowcę złapią. Przecież nie jeden samochód policyjny na wyposażeniu. Ten gość stwarzał zagrożenie. Dzwoniłam kilkakrotnie i co i pstro. Zatrzymałam się i zawróciłam, już ciężarówy nie śledziłam. Byłam zawiedziona a moje dzieciaczki jeszcze bardziej. -mamusia dlaczego policja nie przyjechała???

Co miałam odpowiedzieć? Że to ich nie interesuje bo nie ma trupa? Że kawkę piją albo w karty grają? Że mnie olali? No co?

Więc, co ci ludzie mieli zrobić z tym samochodem? Zadzwonić na policję? Czy też ryzykować mandatem i przekroczyć dozwoloną prędkość i kierowcę zatrzymać?

Czy, wyprzedzić, wyskoczyć przez otwarte drzwi prosto pod koła samochodu z nie złożonym wysięgnikiem?

Zostałam nauczona.

Nie ma trupa.

Nie ma sprawy.


Siedze przed kompem, winko popijam i się odstresowuję.

Nareszcie!!

Mogę krzyknąć….NARESZCIE!!!!…

Nareszcie odpuszcza. Tyle się wydarzyło złego, że wylane łzy nie pomogły. Powolutku wszystko wraca na swoje miejsca.

Powolutku, bo niektóre sprawy potrzebują czasu, niestety.

Wszyscy śpią a po huraganie jaki nas nawiedził, pod moim dachem jest nas więcej niż dwoje.

Nie mam ochoty na spanie, jest mi dobrze, w ciszy i spokoju posiedzieć przed kompem.

Psy chrapią, koty drapią a mężczyźni również chrapanko/sapanko sobie robią.

Jest mi tak dobrze i przyjemnie, żeby nie trzeba było jechać jutro do pracy to chyba siedziałabym tak do rana.

Odnośnie covida u nas wszystko wróciło do normalności po za maseczkami. Nikt nie krzyczy w tv i nie nawołuje ale maseczkę każdy na pyszczku ma. W biurze zdejmuje się kiedy się siedzi w swoim boksie. Wstajesz maska na twarz!!!

Nikt nie przypomina i upomina, każdy automatycznie nakłada. Dezynfekcja rąk za każdym zakrętem. No i ręce stają się diabelsko suche. No cóż, coś za coś. Na autostradach w godzinach szczytu tak jak przed covidem. Jedynie zauważyłam więcej zniecierpliwienia i nerwowości. W moim stanie klaksonu się nie używało, wszyscy stali i czekali na marudę który, zagapił się, zaczytał, zamyślił. Teraz klaksony naciskane są częściej, czasami bez sensu. Zajeżdżanie drogi też, jakby nerwowe. To są takie moje obserwacje.

Może w końcu, odnajdę siebie, wrócę do samej siebie.

Stary rok już pakuje swoje starocie w stare wory, Nowy Rok jest już już za rogiem. Może przyniesie nam nie tylko dobre ale i nowe doświadczenia.

Zanim przyjdzie, mamy jeszcze w następnym tygodniu święto indyka.

Moje malowania są na ukończeniu. Łazienka wymierzona i remontować będę już w nowym roku. Płytki ceramiczne wybrane, szafki również. Sedes wybrałam taki bezdotykowy ale…. jak prąd wyłączą to i sralnia będzie zamknięta. 😁

Muszę plany dotyczące sedesu, zmienić. Bardziej na użytkowy a nie na widokowo-bezdotykowy.

I tym toaletowym akcentem będę kończyć.

Wino się kończy a północ za chwilę zaczyna. 😁

__________

November 7th, 2021 Niedziela

Łazienki na parterze nie remontowałam, MM większość roku w domu. Więcej gadania, niż pomocy otrzymałam od niego. Sam nic nie robi i innym nie da robić.

Ale i na dobre wyszło nie zaczynanie remontu. Zmieniłam zdanie odnośnie zlewu i szafki pod zlewem. Szafkę powinnam wyszlifować i pomalować. Jest drewniana, a teraz produkują z płyty. Zlew jest łącznie z blatem, jedna całość a takie obecnie są bardzo drogie. Bardzo funkcjonalny. Itd, itd zanim zacznę remont to jeszcze minie czasu. Najlepiej mi się pracuje ja MM w domu nie ma.

Masaż bezdotykowy

Dziś jak co drugi dzień, zrobiłam fizykoterapię. Na jej zakończenie stosuję ciepły masaż. Nie są to paluszki naszej Basieńki ale te kule uwierające moje plecki, również są pomocne.

Pierwszy i kilka następnych masaży zrobiła mi fizykoterapeutka. (Obecnie fizykoterapię wykonuję sama w domu)

Aby ktokolwiek mógł dotknąć mego ciała, muszę mieć ogromne zaufanie. Obce dotyki, głaskania i przytulania nie są dla mnie. Dobrze, że mamy wirusa, to nikt nawet ręki nie podaje. Nie lubiłam, właściwie unikałam męskich pocałunków w rękę. Na myśl o tym robi mi się nieprzyjemnie.

Po przeczytaniu Basi ostatniego posta, aż zachciało mi się udać na masaż do tej zmysłowej czarodziejski. Niestety wielka odległość nas dzieli. Ale mam zapisane w swoich szarych komórkach. Jak nie masaż to przynajmniej spotkanie przy kawie lub zielonej herbacie.

Zakończony masaż. Plecki rozgrzane, powolutku mogę udać się na swoje “pole”.

Poszalałam z grabiami na moim “polu”. Czasami, a może i częściej niż czasami trzeba zrobić masaż matce naturze. Ziemia nasza ukochana najpierw nas żywi a na koniec nas otuli, więc należy o nią odpowiednio zadbać. Masaż był 3godzinny. Nie oczekuję plonów, bo nie pora, masowałam z satysfakcją, że ONA potrzebuje czesania i smerania tam i ówdzie. A po masażu …. po masażu Ziemia otrzymała prysznic. Taki naturalny z chmurek!!!!

Co za radość i dla mnie i mego “pola”

Nie poddam się

Piękna wiosenno-letnia pogoda, więc nie możliwością siedzieć w czterech ścianach. Nasiedziałam się i jestem zmęczona nic nie robieniem. Ileż można, czytać, bułeczki chlebek piec, sprzątać-mało sprzątałam, łazić od okna do okna. Już od minionego tygodnia rozpoczęłam prace “polowe”. Każdy zakątek yardu został spryskany środkiem przeciwko owadom przez specjalistyczną firmę, więc miałam kilka dni spokoju. Nic mnie nie gryzło, lizało, próbowało i pajęczyną oplatało. Byłam bezpieczna ponad tydzień. Mogłam nacieszyć się słoneczkiem, zamiataniem, dmuchaniem, przesadzaniem, podcianiem. Do domu wracałam brudna i zmęczona. Czasami to ledwo nogi ciągnęłam za sobą, a czasami siadałam na decku z butelką piwa. Nie jedną butelką. Bo redneck pije piwsko i nie tylko. A ja jako początkujący redneck lubię jak mi zimne piwsko spływa po brodzie. No jestem prosta i nie prosta babo-chłop-kobietka. Bez obawy na salonach też umiem się zachować.

No i tak moje yardowe życie płynęło, bez większych niespodzianek. MM w jednym kącie yardu ja w drugim, czasami machając do siebie z oddali. Znów wciągnęły mnie prace yardowe i trudno mi się oderwać, nawet na przegryzienie kanapki. To nie szkodzi, że nie jem. Siedzenie i nic nie robienie poszło mi w fałdeczki. Schudnę. Tycie jest przyjemniutkie, lody, cukiereczki, bułeczki, ciasteczka i inne smakołyki. Niepostrzeżenie przybywa kg. Chudnięcie wymaga pracy i diety, nie należy do przyjemnych. Nie mówię o diecie odchudzającej lecz o odstawieniu słodkości i przynajmniej częściowo zamienić się w królika. Więcej marcheweczki, sałateczki i jabłuszka. Myślę, że nie będzie trudno schrupać marcheweczkę bo ostatnie lody zjedzone wczoraj, a rodzynki w czekoladzie dzisiaj na obiad.

Dziś ponad 7 godzin poświęciłam na ciśnieniowe mycie ścieżek, patia, podjazdów. Nie, nie ukończyłam, jeszcze zostało mi od frontu. Nie wiem, no nie wiem, dlaczego te obleśne owady, muszki, muchy itd mnie uwielbiają. Wczoraj siedząc w domu na kanapie, zauważyłam chodzącą po oparciu kanapy mrówkę. Myślałam, że ją ukatrupiłam, ale nie, to była jakaś wiecznie żyjąca. Ugryzła mnie!!!!!Malo tego musiałam rozebrać się do golasa i to w pośpiechu, łaziła po mnie!!!Mąż to miał ubaw!!!😁😁😁Dlaczego wszystko co lata i pełza, lezie w moim kierunku?

Popryskałam chemią ręce i ubranie. Nie chciałam sprejować całego ciała jak nie raz i nie dwa to robię. Poczułam ugryzienie i mrowienie, jak to zwykle się odczuwa przy ugryzieniu mrówki. Swędziało, piekło, bolało na brzuchu z lewej strony. Nie wiedziałam co mnie ugryzło, bo to coś wlazło mi pid bluzkę. Dobrze, że nie w majtki. 😁😁Posmerałam lekko to miejsce bolące i dalej pracowałam. Po prysznicu, po prysznicu, aż wzięłam większe lusterko (nie, nie zdjęłam ze ściany) przybliżyłam do brzucho i …..ujrzałam dużą czerwoną plamę. Mazakiem zaznaczyłam brzegi plamy, piekącej plamy. Po 2h plama się powiększyła i zaznaczyłam czerwonym mazakiem.

Teraz czekam i zaznaczę zielonym mazakiem. Niebieski mazak też przyszykowałam, aby nie byl potrzebny.

Jak spać? Kiedy coś mi tam boli, boli jakby ktoś igłę wbijał.

Jak spać jak mogę jutro nie wstać?

Będę czekać.

MM stwierdził, że nie powinnam wychodzić na zewnątrz, najlepiej jak zajmę się szydełkowaniem lub dokończę serwetę iglicą. Ale takie dłubanie mnie nie bawi.

Plama wyszła z jednej strony za czerwony mazak. Oj nie dobrze.

Zobaczymy co będzie jutro.

Jutro muszę dokończyć ciśnieniowe mycie.

Niespodzianka🙁☹️🙁☹️🙁☹️

Jak ja nienawidzę niespodzianek!!!!!!

Wow!!! Surprise!!!!!😬😬😬😬😬

Wjechałam do garażu, jeszcze drzwi garażowych nie zamyknęłam. Położyłam telefon w kuchni na blacie, psy podniosły alarm. Drzwi wszędzie otwarte, więc psy wybiegły na podwórze. Nie spodziewałam się nikogo o popołudniowej porze dnia. Będąc w pracy, układałam plan działania. Jak ogarnąć bałagan z dokumentami. Czy wystarczy mi czasu do przyjazdu MM. Mial przyjechać po 10pm. Pościel na łożu też zostawiłaam rozmemłaną. Zerwałam się w ostatniej chwili i szybko do pracy. W szafie (klazet), szukając …. co dziś na siebie nałożyć…. pozrzucałam w pośpiechu, swetry, bluzki na podłogę. Jednym słowem zrobiłam w domu burdel. W zlewie talerz, kilka kubków. Zmywarka pełna i na noc nie chciało mi się włączać.

Wyszłam na zewnątrz, psy szczekają. Co ja widzę… pojawia się na mojej górze taxi.

Pomyślałam, że pomyłka, moje oczy ujrzały MM na tylnym siedzeniu.

Oooo kurcze!!!!

Oooo ja nie moge!!!!!

Co teraz!!!!

MM nie zwraca uwagi na mniejszy czy większy bałagan. To ja źle się czuję z bałaganem i w bałaganie, bez znaczenia, mały czy duży.

Nie posłane łóżko, mam w oczach przez cały dzień i po powrocie z pracy, muszę posłać łóżko, nawet gdybym miała kłaść się spać za godzinę.

No i MM wysiada z taxy. A ja cały dzień czekałam na smsa, bo przecież miał wysłać gdy miał jechać na lotnisko.

Smsa nie było, ale miałam trochę pracy, więc nawet nie sprawdziłam na appce gdzie się znajduje.

To i miałam niespodziankę w postaci MMa. On wysiada z taksówki, jeszcze płaci, a ja latam po domu i sprzątam dokumenty robiąc w nich większy bałagan ( były już posortowane). Szybko zaściełam łóżko. Porozwalane ubrania upycham w szufladach, gdybym mogła wskoczyć w szufladę to bym jeszcze udeptała, żeby tylko szuflada się przymknęła.

Zbiegam na parter, szybko ogarniam okiem czy chociaż tutaj jest wszystko OK. Kilka bluzek na fotelu, jeju, lecę na piętro i wrzucam do pierwszej lepszej szuflady. Na wieszanie na wieszaki to zupełnie brak czasu. Zamykam drzwi do mego pokoju komputerowego. Witam MMa z uśmiechem. Ale jestem zziajana, więc ten uśmiech jakoś mi się nie udał.

Czy wszystko w porządku – pada pytanie.

Jakie w porządku – myśle – frędzelki dokumentów na podłodze, nie zdążyłam odkurzyć.

MM pomógł, odsuwał fotele i segregatory, poodkurzałam. Uffff

To nie koniec niespodzianek.

Niespodzianka czekała… trochę później.

Od jakiegoś czasu, szukamy wycieczki, na uroczystość związaną z 15 leciem ślubu.

Wiele możliwości ale nie wiele nam pasowało. Wpadłam na pomysł, zamiast wycieczki, restauracja i na całym piętrze wymienić wykładzinę.

Usiedliśmy przy stole aby omówić opcje. MM wysłuchał mnie, nawet stwierdził, że pomysł mu się podoba ale….. stracił właśnie pracę. Wprawdzie przez miesiąc wynagrodzenie będzie otrzymywać ale…. Musiał powtórzyć kilka razy bo mój angielski nie załapywał, okazał się nie wystarczający aby zrozumieć, zablokował się…..

Aha, nie będzie żadnego rajdu statkiem wycieczkowym Norwegian, wymiany wykładziny, restauracji ….. bla bla bla

Będzie obiad w domu przy christmasowych świecach. Dobrze że bigos zawekowałam. 😁😁😁😁

Dziś 15 osób z firmy MM zostało zwolnionych. Nie jedna osoba miała łzy w oczach, bo nie każdemu przysłguje wypowiedzenie.

To nie pierwszy raz ( trzeci) oby ostatni, spotkała nas taka sytuacja.

MM jest dobrej myśli.

Z mojej strony, wiecej gotowania i więcej ziemniaków, za którymi MM nie przepada.

Jutro smażę pączki i robię blok czekoladowy.

Słodkości na osłodzenie życia. 😁

Bez planowania

Nic nie zapowiadało takiego sprzątanka jakie dziś urządziłam. Myślałam o innym spędzeniu dnia, wyszło jak wyszło. Zaczęłam (nie dokończyłam) od przemeblowania mego pokoju komputrowego a skończyłam ( nie dokończyłam) na niszczeniu starych dokumentów. Niektóre dokumenty były z 2005 roku, a więc 15 lat trzymałam…że jeszcze potrzebne, że się przydadzą, że ważne. Jak ważny może być rachunek zakupu kanapy, krzesła czy kilku pudełek gwoździ i młotka😁.? Może jeśli te przedmioty są wykonane ze szczerego złota. Szczere, mam na myśli: złoto na zewnątrz i wewnątrz danej rzeczy. Złoto którego nie trzeba czyścić po jednym roku, bo czernieje. Złoty pierścionek rosyjski a amerykański to jest tak daleko jak niebo od ziemi.

Zostawiłam jedynie stare dokumenty medyczne oraz ubezpieczeniowe, reszta została pocięta na drobne frędzelki.

Nie skończyłam porządków. Poukładałam w pudle, aby nie zostawiać porozrzucanych po podłodze, bo godzina była już późna i leciał fim “Pretty woman”, który mogę oglądać na okrągło.

Oczywiście, piękna bajka dla dorosłych. Dlaczego nie oglądać bajek? Gorzej jeśli ktoś uwierzy w bajkę, a ona nigdy się nie spełni.

Zostają tylko ……

łzy i obgryzione paznokcie do łokci

Cementowanie

Cudna, no cudna pogoda. Wiaterek powiewa, słoneczko dziś nie piecze, tylko pracować. MM kładzie 2 warstwę farby na taras a ja ostatnie 2 metry ścieżki męczę.

W przerwie ugotowałam wyśmienitą zupę pomidorową. Gdybym nie rozrobiła cementu to zakończyła bym prace budowlane. Talerzyk zupki rozleniwił, chętnie położyła bym się, chociaż na kanapę i z buciorami. Cement wzywa i na godzinę to mogę zapomnieć o wylegiwaniu się.

Codzienne gadanie

Po przebudzeniu przeciągnęłam się jak kocica. Wolniutko, słuchając każdej kosteczki, czy aby nic nie gruchnie w tym moim spracowanym ciałku.

Dziś zrobiłam przerwę od cementu.

Wczoraj córcia jak i MM spytali…jak długo robię ścieżkę….

I to było pytanie za milion.

Przed Arubą czy po, rozpoczęłam? A może jesienią ubiegłego roku?

Zdawało mi się, że nad ścieżką klęczę, kucam i się pochylam od jesieni ubiegłego roku i wydawało się, że robię całą wieczność!

Sięgnęłam do notatek i ….. wielkie zdziwienie. Po ciśnieniowym myciu podjazdów, patio, decku i starej ścieżki, prace z cementem rozpoczęłam po 10 maja. Wyłączając lipiec ( stres związany z pogrzebem), nad ścieżką pracowałam tylko 3 miesiące.

Do ukończenia zostało mi jedynie 2,5-3m.

Poranek wspaniały ale robi się gorąco i nie tak praca fizyczna wykańcza jak gorąco lejące się z nieba.

Dokończę w piątek po pracy lub sobotę.

Czym bliżej końca tym bardziej zmęczona jestem fizycznie i psychicznie.

Amber jedzie dziś na zdjęcie szwów. Jeszcze dywan w jadalni kuchennej musi być zabezpieczony specjalnym materiałam jaki używany jest do zabezpieczeń podłóg przed malowaniem sufitów i ścian.

Nie ciekawy to widok ale…dywan jest pluszowy i gruby, ciężko jest taszczyć go do prania.

A więc, dziś “odpoczywam”🤪

MM pomóg mi poprzenośić wielkie donice z tarasu. Malowanie tarasu wciąż trwa.

Po obejściu moich “hektarów” koło południa skryłam się w domku i teraz, odooczynek.

Nareszcie.

Prace „polowe”

Dziś będę pracować nad ścieżką. Zapowiadają piękną pogodę, słoneczną i bezdeszczową. Wczoraj było i słonecznie i ulewnie. Dziś tylko słonecznie. Wiatrak i i parasol ochroni mnie przed upałem i gorącym powietrzem.

Myślałam, że skończę do 4-go lipca. Teraz mam plan zakończyć prace budowlane do wyjazdu do Polski. Październik – listopad.

Jest niemożliwym ukończenie ścieżki w krótszym terminie. Pogoda nie jest moim sprzymierzeńcem w pracach nad ścieżką, jest natomiast w podlewaniu kwiatów, krzewów i drzew.

„Masaż”

Wspaniale jest przebudzić się przed południem i nic robić nie trzeba. Nic na siłę. Pieski przed drzwiami do sypialni są słyszalne. Ziewają, przeciągają się, wąchają wsadzając noski w szczelinkę pomiędzy podłogę a drzwi.

Szukam jeszcze w lóżeczku wygodnego miejsca, jeszcze troszkę poleżeć i nic nie musieć.

Bo to dopiero jutro będzie …. szybko, prędzej…

Dziś jest… jak mi dobrze…😁


Z wczorajszych planów:

Zrobiłam masaż dla mojej trawki na front yardzie. Grabki wzięłam delikatne metalowe. Delikatnie bez gwałownych ruchów zagłębiałam się w cieniutkie listeczki trawy. Trawka leciutko rozuwała się na boki dając możliwość wejścia ząbkom grabi. Przesuwałam grabie po ziemi, spulchniając ją lekko, leciusieńko. Zbierałam również opadłe liście rodendrona oraz gałęzie.

Na ile masaż pomógł trawie nie wiem ale na moje plecy to na pewno (mam nadzieję) nie zaszkodził.

Przeciąganie się, wyciąganie, rozciąganie zawsze postawi nas na nogi.

Możemy przewitać nadchodzący nowy piękny dzień.