nieszczęśliwy wypadek?

A może tak matka natura zadecydowała. Jedni się rodzą inni umierają, giną w wypadkach na wojnach lub w innych okolicznościach. Każda śmierć jest tragedią i nie tylko człowiek rozpacza. Niedawno czytałam, że pies mieszka na cmentarzu i sypia przy grobie od 2 lat. Nie wiem, czy świat matki natury jest sprawiedliwy. Mówiono nam w szkole, że musi być zachowana równowaga. Jeśli czegoś za dużo to …. mamy covidka. W moim rejonie jest bardzo dużo wiewiórek. Giną od szponów jastrzębi, sępów, szczurów i innych stworzeń. Wiele razy widziałam i nie raz zobaczę ginącą wiwiórkę.

Każde stworzenie cierpi. Człowiek uważa, że pewne gatunki gadów, płazów czy owadów nie potrafią czuć bólu fizycznego. Tylko… jak człowie może stwierdzić, jeśli nigdy nie był muchą której ktoś wyrywa skrzydełko. Nie był robakiem, którego szpadlem kroją na kilka części. Takie opinie, że stworzonka nie cierpią są wymyślone dla człowieka aby jego można było usprawiedliwić w przypadku zadawania bólu innym. To jest moje zdanie i nie jest ono oparte, na żadnych badaniach a jedynie obserwacji z dzieciństwa i obecnie.

Na masce mojego samochodu zaparkowanego pod drzewem, odkryłam gniazdo ptaszka a obok skrzydełko, jedną nóżkę i dwa maciutkie żołądeczki. Nóżeczka maciuteńka, skrzydełko bez opierzenia.

Aby ktoś mógłbyć syty, ktoś musiał króciutkie życie stracić.

Niewyobrażalna strata dla matki. I w tej chwili nie ważne, jakie móżdżki ptaszki posiadają, ale ich przeraźliwy szczebiot mówił o wielkiej tragedii jak się wydarzyła.

Wiosna panie sierżancie….

Od kilku dni już deszcz nie pada. Nareszcie!!! Słoneczko świeci, a wiewióry wykopują cebulki tulipanów. Nie mogę cały dzień w oknie siedzić, czy też wybiegać na zewnątrz i klaskać. One i tak są sprytniejsze. Czekają, aż wejdę do wewnątrz i ruszają na “oranie” ziemi. Z tych 600 cebulek na pewno coś zostanie. Może wyklują się pąki i będzie ładnie na polu. Zresztą to nie jest aż takie wielkie zmartwienie. Zakwitną czy nie, będzie ładnie i bez tulipanów,  inne kwiatki posadzę.

W poniedziałek MM miał wizytę u lekarza. Zmienić tabletki lub zwiększyć ich dawkę. Nie lubimy biegać do lekarza z niczym. Jak trzeba iść, to trzeba. Dostał zwiększoną dawkę. Nic by mnie nie dziwiło, ale kiedy poprosił abym usiadła, byłam poddenerwowana. Bo, jeszcze nigdy nie przekazywał mi żadnych wiadomości….najpierw usiądź, trzeba porozmawiać…

Usiadłam, mózg pracowł na szybkich obrotach i analizował. Mózg nie znalazł zagrożenia. Zrelaksowałam się, bo co to może być? MM zdrowy, no ma to co ja, nadciśnienie. Tego nie operują.

“Wiem jakie masz zdanie i ja to podzielam, ale nasza lekarka, powiedziała, że to nie podlega dyskusji, trzeba się zaszczepić. Możemy tego nie robić, ale uważam, że ona ma rację. Co o tym myślisz. Ja jako były wojskowy oraz nadciśnienie kwalifikuje mnie do zaszczepienia,  a ty moja żona bez względu na wiek, również.”

Moja odpowiedź, TAK.

Jeszcze nie dawno, mówiłam że poczekam, nie teraz. To TERAZ nastąpiło. Coraz więcej chorych, znajomi ludzie już umierają. Aktor którego wprost uwielbiałam, zmarł na covid. Zaczęłam mieć obawy, czy mój organizm da radę. Jeśli nie, to jaki będzie przebieg choroby. Czasami nakładam dwie maski, ale te maski podobno chronią innych przed “moim” wirusem. A kto i co mnie ochroni przed wirusem od obcych ludzi? MM jest wciąż oporny jeśli chodzi o mycie rąk. Gdy tłumaczyłam, że on może nie zachorować ale przywlec wirusa do domu, to lekceważy. Wsadzi palce pod bieżącą wodę i czym prędzej zabiera jakby z kranu leciał żrący kwas. No taki jest. Nie ma ludzi doskonałych. Muszę w tym przypadku o siebie zadbać.

Wtorek rano, zadzwoniła lekarka. MM przekazał naszą decyzję. Po niespełna 2 godzinach zadzwoniła pielęgniarka z ustaleniem terminu.

Środa, 3 marca 2021, zostaliśmy zaszczepieni pierwszą szczepionką Moderna z samego rana.

Aby wejść do poczekalni w przychodni lekarskiej musieliśmy, zdezynfekować dłonie i zmierzono nam temperatutę. Przy okienku otrzymaliśmy papiery do wypełnienia. W poczekalni było 2 osoby a jedna wychodziła z gabinetu zabiegowego. Nie było tłoku, kolejek i żadnych przepychanek. Fotelików było z 14 i 3 małe sofy. Po oddaniu wypełnionych papierów zostaliśmy poproszeni do gabinetu lekarskiego.

Razem czy osobno? Oczywiście że razem i ja pierwsza. Komar bardziej boli jak wgryza się w skórę. Podałam prawe ramię, dalej od serca. Tak mi szybko przez myśl przemknęło. Igła cieniuteńka, nic nie czułam. Plastrem zaklejono i kolej na MM. 15 minut oczekiwania na nieoczekiwane reakcje. Wszystko odbyło się sprawnie i bezboleśnie.

Przy okienku na nasze karty szczepienne wpisano datę następnego szczepienia. W poczekalni były już inne 2 osoby.

Nie czułam się jakbym komuś szczepionkę zabrała. W poczekali widziałam młodsze osoby niż ja. Szczepionek wszystkim wystarczy w końcu ameryka dla swoich obywateli na pewno wyprodukuje.

Po czterech godzinach zaczęło boleć przedramię i to nie tak, że tylko troszkę. Dosłownie, MM musiał mi gacie zdejmować i nakładać przed i po korzystaniu z wc. Uffff, ohhhh, brrrr.

Przez resztę dnia rękę nosiłam w nosidełku lub kieszeni spodni. Zadzwoniłam do pracy, że jestem bezużyteczna i w czwartek muszą sami dać radę.

No i nadeszła!!!! Nasza 16-ta rocznica ślubu. Co to się działo, co to się działo 16 lat temu. W gazecie nie opisali, w tv nie pokazali tych nowożeńców. Co to się na weselu wyprawiało, tańce, hulanki,  swawole, które to po raz pierwszy w swoim życiu MM ujrzał na własne oczy. W czwartek za bardzo nic nie ujrzał. Ręka bolała, łaziłam po domu jak śnięta ryba. Mieliśmy wiele planów w związku z naszą rocznicą ślubu, plany planami. Zostaliśmy w domu, zamówiliśmy kolację, po kieliszku winka wypiliśmy, film zaliczyliśmy i do spanka poczłapaliśmy. Co tam 16-ta ona bez żadnej nazwy, trzeba czekać do 20-tej – będzie porcelanowa. A dalej zobaczymy jak nam pójdzie. Aby zdrowie dopisało, aby covida już nie było i żeby inny wirus nas wszystkich nie wykończył.

Spałam na lewym boku lub plecach inne pozycje były niemożliwe.

Przedłużyłam sobie wolne na cały weekend. W piątek poczułam się na tyle zdrowa, że wyciągnęłam pressure washer i rozpoczęłam mycie chodników. Jak mi ślicznie to wychodziło, sama nie mogłam się nadziwić. Wychodziło do momentu kiedy ciśnieniówka zrobiłe głośne buuuurrr i uff i siadła. Kryzczę do MM który siedzi w swoim office, aby przyszeł szybko na ratunek. MM zajrzał tam i tu i ówdzie. Dolał oleju i zapalił maszynę. Szybko mi znikł z pola widzenia bo miał pilną sprawę do zrobienia w swoim office. Zostałam ja i maszyna, która zaczęła wydalać kłęby biało-niebieskiego dymu a przy tym wydawała dźwięki jak stary traktor. Przestraszyłam się, nie wiedziałam co robić, trzymać ją na rozruchu, rzucić i uciekać bo wybuchnie, trzecia opcja – wyłączyć. Nie wiedziałam, po prostu nie wiedziałam bo spalinówką to pracował MM a ja mam elektryczną, może mniej  powera ale bezieczniejsza. Kiedy ujrzałam MM wychodzącego z domu, szybko wyłaczyłam machinę. MM krzyczał abym tego nie robiła ale w tym huku wydobywającym się z machiny i kłębów dymu,  niestety ale go nie dosłyszałam. Jedynie odskoczyłam od maszyny. “Dobrze że nie wybuchła”- powiedział.

No dobrze, że nie wybuchła. Tylko gdzie był problem? Chwycił za telefon i zadzwonił do service. MM nalał innego oleju silnikowego niż maszyna potrzebuje. Jednym słowem maszyna musiała się brzydko mówiąc wyrzygać. Bardzo długo miała niestrawności, już rzadziej burczała i “wymiotowała”. Pracowałam,  aż do zmroku. Ciśnieniówka MM ma ciśnienie na prawdę silne, no i oczywistym jest, że szybciej praca mi szła.  Po pracy wyskoczyliśmy do naszej restauracji na coś mocniejszego.

Przed spaniem jak zwykle wyprowadzamy pieski. Słyszałam jak pieski przeraźliwie szczekały ale jak usłyszałam MM krzyczącego do mnie, to dla mnie był to alarm, że coś strasznego się na zewnątrz dzieje. Otworzyłam okno, MM krzyczał i coś wymachiwał. To była już ciemna noc,  11pm.  Zbiegam na dół i ile mocy w nogach pobiegłam  na back yard. I co? MM podświetla mi zwierzaka siedzącego na płocie. OPOS!!!!! Biedny,  przestraszony. Nie raz widzieliśmy na kamerach, że przechodzą rodzinnie przez nasze “pole”. Ale żeby na płocie siedział?opos

Wczorajszy dzień – sobota,  był chłodny i nie zdecydowałam sie na mycie chodników. Mimo,  że mam spodnie waterproof, ale zimna woda to zimna woda, kiedy do tego dodać zimne powietrze to zrobi sie lodowato. Planowałam, że wyjdę na kilka godzin w niedziele bo zapowiadali ciepłą podogę.

Niedziela, 

piękne słoneczko zaglądało od wczesnego poranka do sypialni. Oj, oj powyciągałam kosteczki i zeszłam do kuchni gdzie MM już smażył bekonik na śniadanko. Kubek kawy postawił mnie na nogi i wybiegłam na “pole”, jeszcze w szlafroczu, na obchód. Trzeba wiedziec co wyrosło, co wschodzi, co zjedzone a co wykopane. Tulipany posadzonye w tym roku już powolutku rozchylają ziemie i to dobry znak, cś sie dzieje. Te które nie wykopałam jesienią, pieknie kwitną,  cieszą oczy nie tylko na rabatkach ale i w flakonie.

Nic nie wyjdzie z mego mycia chodzników, nie chcę zakłócać spokoju naturze. Niedziela jest do odpoczynku. Zdążę sie napracować.

Jutro też jest dzień.

Będzie jeszcze piękniejszy niż minione.

Wyjazd po za miasto

Córcia szuka domu, chce kupić coś do czego bedzie z chęcią powracać. Ma to być dom przestronny no i sypialna główna ma nie tylko king size łóżko, ale musi być też miejsce dp chodzenia a nie przeciskania się oraz miejsce na fotel,  komodę itp. Nawet nie ważne jak daleko od miasta ale aby z chęcią jechała i po otwarciu drzwi, czuła radość z przestąpienia progu swego domu. I z tym uczuciem córcia się zgodziła.

Pojechałyśmy doś daleko za miasto. Ponad godzina jazdy autostradą, później wąskimi drogami. Dojeżdżająć do domu na sprzedaż, dostrzegłyśmy dom, który nie pokrywał się z domem na zdjęciu. Wiem, że photoshop wszystko potrafi ale w tym przypadku było to bezsensowne. Łapać klienta na mistyfikacje a w tym przypaku nie trzeba poddawać zdjęcia jakimś specjalnym obróbkom aby dojść do prawdy. Stałyśmy przed domkiem a nie domem. Pomieszczenia bo nie pokoje sprawiał, że czułyśmy ucisk ściany z każdej strony. W dużej sypialni można byłoby postawić tylko i wyłącznie łóżko queen. Dwa maciutki pokoiki… na tym zakończę opis. Ludzie przyjeżdżali i szybko odjeżdżali nikt nie zamienił słowa z młodym pośrednikiem/kobietką. Właściwie o czym było z nią rozmawiać.

Kłamstwo ma krótkie nogi.

Było pochmurnie ale powietrze było bardzo przyjemne i zdrowe. Dla powietrza można byłoby się przeprowadzić. Ale po co domek, moż w tym przypadku pod duży namiot, znacznie taniej.

Przed ostatni dzień starego….

Od dziś do 7go stycznia mam urlop. Mogę spać, odpoczywać i robić na co przyjdzie mi ochota.

Zanim zaczął kropić deszczyk, dmuchałam liście i zapełniłam dwa duże wory na odpady budowlane. A później, a później walnęłam się na łóżko i usnęłam. Spałam jak zabita.

A teraz męczy mnie kaszelek, bo zamiast siedzieć w domu i doopy nie ruszać zachciało mi się dmuchania. Od jutra przez dwa dni będzie padać i bardzo dobrze to będę siedzieć w domu.

Zakupy zrobione. Wszystko na pizze kupione, wyskokowe napoje jak najbardziej również. Kupiłam co lubię. Od dłuższega czasu nie mogłam trafić na

napój Smirnoff. Były oryginalne i inne smaki ale nie green apple. Nie jest to napój wielce wyskokowy bo 4,5% to polskie piwo ma więcej procent. No ale, zrobie na sylwestra Moscow mule, w zależności od ilości dodanego alkoholu jest mocne. Wszystko co niezbędne do moscow mam, więc i tym drinkiem będę się delektować.

Nie napije się, nie lubię kaca i nie lubię jak mi świat wiruje, nie lubię mówić do sedesu że jest moim przyjacielem kochankiem i wszystkim co w tej chwili potrzebuję. MM coś o tym wie.

Pierwszy raz było kiedy wypiłam tylko 2 margarity. Oj to była zabawa, tańczyłam tylko ja i nikt więcej. Nie czułam się pijana. Nie czułam się źle. W domu spędziłam noc z sedesem. Koszmar. Drugi raz… chciałam sprawdzić czy to margarita mocna czy mój żołądek nie toleruje margarity -tequilii. O dwa razy za dużo. Już nie sprawdzam.

Ogólnie z alkoholami jestem ostrożna nie lubię tracić kontroli.

Potrafię i to robię, bawić się bez alkoholu.

Kaszel nie ustępuje. Wezmę mucinex i do łóżka.

Jutro SYLWESER.

w grudniowy sobotni poranek

Obudziłam się po 2 AM  z bólem głowy. No cóż, mam to już od dawna i jak to mówią, czas przywyknąć. Tylko, ten mój ból z szumem głowy,  nie zapowiada niczego dobrego. MM obudził się również. Ciśnieniomierz i żadnych niespodzianek. Trzeba brać i jak najszybciej specjalną tabletkę.

Odczekałam godzinę, ciśnienie spadło ale już nie myślałam o powrocie do łóżka. Za oknem ciemno, tylko moje ozdoby na zewnątrz rozświetlają podjazd od frontu i deck od back yardu.

Od wielu lat ozdabiam „pole” światełkami i różnymi ozdóbkami.

 

Czasami sama robię, lecz w tym roku ograniczyłam się do światełek. Zanim w tym roku rozpoczęłam ozdabianie, bardzo dużo ozdób wyrzuciłam do kosza. Jelonek, bałwanek, pingwin różnego rodzaju choinki i choineczki. Niektóre lampki zostawiam, będę naprawiać z tej to przyczyny, że obecne lampki są mniej ozdobne. Przeważnie najzwyklejsze żaróweczki bez żadnych ozdóbek.  Ozdóbki dodają bardzo dużo uroku. Zacznę poszukiwania po sklepach zaraz po świętach.

Będą przeceny i może trafię na coś ciekawego.

Na przykład: wczoraj kupiłam dwa piękne czerwone flakony oraz jeden srebrny. A pojechałam po całkiem, ale to całkiem inne zakupy. 

Nie lubię zakupów i wyjeżdżam z musu. Tym bardziej, że teraz przymierzalnie są zamknięte i przymierzyć można oczywiście, ale w domu. Więc kursowałam między domem a sklepem. Ostatecznie kupiłam na oko i okazało się trafiłam w dziesiątkę.

Nie lubię jeździć nocami, więc jechałam dość szybko, aby zdążyć przed całkowitym zapadnięciem zmroku.

Dziś jedziemy po zakupy…coś na stół…

Zrobiłam listę, nie powinno być tragicznie.

 

Proszę życzyć udanych zakupów


Nie było tragicznie. Na miejscu byliśmy bardzo wcześnie, 15 minut po otwarciu. Właściwie kupiłam to co potrzebuję na przygorowanie Wigilii i na stół świąteczny. Niestety☹️🥲☹️🥲 makowca nie było. Bułki z makiem!!! Nie nie, nie zastąpią rolady makowej. Spróbuję podjechać w poniedziałek. We wtorek mam fryzjera, pozostałe dni przygotowywanie dań świątecznych.

Muszę zdradzić tajemnicę. Nigdy nie piekłam makowca!!! Próbować też nie będę.

Chyba 2 lata temu, również nie dostało się makowca to tort napoleon/marcinka upiekłam. Ten tort znałam pod nazwą napoleon ale w rozmowie z przyjaciólką, dowiedziałam się, że ma drugą nazwę marcinek.

Dziś skupiona jestem na menu, niby tradycyjne, bez zmian, ale trzeba zrobić rozpiskę co w jakim dniu będę robić, po prostu ułatwie sobie życie. Syn już dziś zaoferował się kroić warzywa do sałatki jarzynowej, córcia też w czymś pomoże. Znajdę i dla niej zajęcie. MM upiecze pierś indyka z mojego książkowego przepisu i jak się da prace rozłożę na kilka osób.

Pierś z indyka na Thanksgiving była palce lizać. Chcę tak samo na święta!😁

Święta już tuż tuż……🎄🎄🎄🎄