Życzenia…

Niech nigdy Was dobre nie omija

Niech będzie z Wami na zawsze

Niech zagubieni odnajdą drogę do domu

Niech omdleni od trudów życia odnajdą źródło które da im siłę do dalszej walki o życie dla siebie i innych

Niech wiara i ufność w drugiego człowieka będzie z Wami

Niech miłość otworzy Wasze serca i drzwi dla potrzebujących

Kuchenne rżnięcie🥲🥲🥲🥲

Poranek przewitał mnie bólem głowy i podwyższonym ciśnieniem. Przeważnie jest tak każdego poranka.

Spodziewałam się cudów?

Po tabletce będzie trochę lepiej. To nie znaczy, że mam wolne od, życia. Trzeba zbierać się powoli i dać możliwość wejścia nowemu dniu w moje życie. Jeszcze czuję, myślę i wiele chcę i pragnę.

Powyże było około 6am.

Co mnie naszło, nie wiem, no normalnie nie wiem. Chciałam wykorzystać godzinę która mi pozostawała do wyjazdu do pracy?

No chciałam wykorzystać! Poszatkować kapustę chciałam. Oberwałam pierwsze brzydkie liście i… zabrałam się za głąba. Pomyślałam żeby się tylko nie skaleczyć. Tak mam zawsze przy tych głąbach. Nóż ostry, bardzo ostry, MM o to zadbał. No i ciach i nóż poszedł po palcu.

Auććć i krew i szybko do apteczki pobiegłam tylko trzeba było tamować krew. Co odpuszczałam ucisk to krew leciała.

Nikomu nic powiedzieć nie mogę, a siedzę już tak z uciskiem 30 minut. Wszyscy w domu. Zaraz będzie …. po co robisz ten bigos i bez niego święta mogą być, czemuś nie uważałaś, dlaczego wszystko musisz sama, dlaczego nie poprosisz o pomoc tylko powiedz… ot dlatego gadania nie mówię i z bólu się zwijam. Pewno zawieźli by mnie na pogotowie …a to gangrena albo zakażenie mi wymyślą. No wiem, że źle zrobiłam ( i nikomu nie powiem) ale ręcznikiem z łazienki (wcześniej używanym) krew tamowałam, inaczej się nie dało. Ręcznik przecież, a nie jakaś szmata do mycia podłogi, chociaż szmat nie mam, mam specjalne ręczniczki.

A to moja głupota z tym głąbem. Żebym wyciągnęła maszynę w szatkowała kapustę to inaczej bym musiała kroić. Ale nie, nożem mi się zachciało. To teraz zamiast kapusty mam poszatkowanego palucha. No cóż, brak słów.

Za chwilę muszę do pracy wyjeżdżać a ja wciąż, palca uciskam. Trafiło na opuszka palca no i głęboko.

Mam nadzieję, że resztę dni przedświątecznych obejdzie się bez amputacji pozostałych paluchów.

Uważajcie na siebie w kuchni – noże są niebezpieczne!!!


Po zabezpieczeniujuż cały w krwi.

Godzina minęła, wciąż uciskam. Bez ucisku niestety, krew leci. Liquid bandage nie pomaga.

Do pracy już zadzwoniłam. Życzą szybkiego powrotu do zdrowia, a ja przez chwilę zastanawiałam się, czy aby nie skierować swoje nogi i koła samochodu w kierunku pogotowia.

1,5 h wciąż uciskam. Jest nadzieja na poprawę. Teraz mogę powiedzieć … jestem szczęściara… bo ciachnęłam bardzo głęboko i szeroko. Już opatrunki mimo ucisku tak szybko nie przemakają. 2 h walki i się udało.

Najgorsze było wyrównanie skóry, która wywinęła się na zewnątrz i właśnie wtedy zobaczyłam jak głęboko rozcięte.

Dałam radę!

Będzie dobrze. Będę żyć.

Nie lubie planować, no nie lubie.

Każdy nadchodzący dzień jest nieprzewidywalny. Oczywiście podjęłam złą decyzję ale w naszym życiu podejmujemy ich bardzo, bardzo dużo i trudno przewidzieć ich końcowy efekt.

Pomysł…

O tak, mam wiele pomysłów. Nie mówię o remoncie łazienki. To nie pomysł to już jest plan działania.

Oczywiście, że zrobię, to jest konieczność. Dom kupiliśmy…. na Walentynki będzie 10 lat…. właścicieli było dwóch. Rodzina z dziećmi a później jedno z dzieci ten dom przejęło, bo rodzice przenieśli się do domu starców. Dom dość długo stał pusty. Aż ja go dojrzałam pewnego słonecznego styczniowego dnia. Śnieg leżał wkoło, nie biały bo promienie słońca robiły gdzie niegdzie już zupkę śniegową koloru burego. MM zadzwonił do agenta nieruchomości i kilkanaście minut później otworzono nam frontowe drzwi. Mężczyźni pozwolili mi wejść pierwszej. Pierwszy krok i już nie musiałam nigdzie iść i sprawdzać. Jest mój ….pomyślałam. I tak zostało. Nie przerażało mnie że będzie dużo pracy. Do dziś pracuję nad tym domem i yardem. Pierwsza poszła piwnica. Zrobiłam przy pomocy syna sufil podwieszany, położyłam nową elektrykę a syn pomalował ściany i ułożył podłogę.

Parter i piętro było możliwe. Ale muszę zaznaczyć, MMowi wszystko odpowiada, może mieszkać w chlewku i namiocie. Jak zaczynałam prace nad chodnikiem nad back yardzie, przeprowadziłam z nim słowną walkę. I tak postawiłam na swoim. Po zakończeniu chodnika zapraszał kolegów i się chwalił. Szkoda, że nie wspomniał, że był przeciw.

Łazienka będzie cała nowa. Podłogę też zmienię. Zacznę po świętach. Nie jestem pewna czy do Walentynek zdążę. Jeśli nie to na Dzień Kobiet zrobie sobie prezent. Bo lubię, bardzo lubię kupować sobie kwiaty i wręczać sobie prezenty.

To był w tym roku. MM się “nagadał” a po tym gadaniu powiedziałam aby pojechał do sklepu i kupił mi jednego, jedniusieńkiego kwiatka.

Przyjeżdża z dwoma wielkimi bukietami!!!! No kurcze, “gest” to on może i ma, ale słuchu zabrakło😁.

A więc, sama sobie kupuję kwiaty bo wiem co mnie ucieszy.

Jestem ciekawa prezentów już ułożonych pod świąteczną choinką.

Aaaaaa, wracając do tytułu postu😁😁😁

Wiadomo, chora na ciśnienie jestem, po za tym nic nie dolega. Przyjmuję tabletki obniżające ciśnienie i jeszcze dodatkowo witaminki. Wczoraj wypiłam te obowiązkowe a magnez i calcium zostawiłam na później. To później nastało po 24 godzinach. Wywietrzałe (moim zdaniem) raczej nie nadawały się do naprawy moich kości i jakiegoś tam systemu. Spojrzałam na kwiatek który przeniosłam z “pola” do domku. Stoi taki wiecheć w doniczce i się męczy. Albo pomogę rosnąć, albo umrzeć. Rozpuściłam tabletki w szlance wody i podlałam roślinę. Zobaczymy co będzie. Albo trup albo nieboszczyk. Tak kiedyś za dziecięcych lat bawiłam się z koleżankami z ulicy. A ile było przy tym śmiechu. 😁😁😁😁😁😁

Małym dzieckiem już nie jestem ale pomysłów mi nie brakuje.

(z internetu)

w grudniowy sobotni poranek

Obudziłam się po 2 AM  z bólem głowy. No cóż, mam to już od dawna i jak to mówią, czas przywyknąć. Tylko, ten mój ból z szumem głowy,  nie zapowiada niczego dobrego. MM obudził się również. Ciśnieniomierz i żadnych niespodzianek. Trzeba brać i jak najszybciej specjalną tabletkę.

Odczekałam godzinę, ciśnienie spadło ale już nie myślałam o powrocie do łóżka. Za oknem ciemno, tylko moje ozdoby na zewnątrz rozświetlają podjazd od frontu i deck od back yardu.

Od wielu lat ozdabiam „pole” światełkami i różnymi ozdóbkami.

 

Czasami sama robię, lecz w tym roku ograniczyłam się do światełek. Zanim w tym roku rozpoczęłam ozdabianie, bardzo dużo ozdób wyrzuciłam do kosza. Jelonek, bałwanek, pingwin różnego rodzaju choinki i choineczki. Niektóre lampki zostawiam, będę naprawiać z tej to przyczyny, że obecne lampki są mniej ozdobne. Przeważnie najzwyklejsze żaróweczki bez żadnych ozdóbek.  Ozdóbki dodają bardzo dużo uroku. Zacznę poszukiwania po sklepach zaraz po świętach.

Będą przeceny i może trafię na coś ciekawego.

Na przykład: wczoraj kupiłam dwa piękne czerwone flakony oraz jeden srebrny. A pojechałam po całkiem, ale to całkiem inne zakupy. 

Nie lubię zakupów i wyjeżdżam z musu. Tym bardziej, że teraz przymierzalnie są zamknięte i przymierzyć można oczywiście, ale w domu. Więc kursowałam między domem a sklepem. Ostatecznie kupiłam na oko i okazało się trafiłam w dziesiątkę.

Nie lubię jeździć nocami, więc jechałam dość szybko, aby zdążyć przed całkowitym zapadnięciem zmroku.

Dziś jedziemy po zakupy…coś na stół…

Zrobiłam listę, nie powinno być tragicznie.

 

Proszę życzyć udanych zakupów


Nie było tragicznie. Na miejscu byliśmy bardzo wcześnie, 15 minut po otwarciu. Właściwie kupiłam to co potrzebuję na przygorowanie Wigilii i na stół świąteczny. Niestety☹️🥲☹️🥲 makowca nie było. Bułki z makiem!!! Nie nie, nie zastąpią rolady makowej. Spróbuję podjechać w poniedziałek. We wtorek mam fryzjera, pozostałe dni przygotowywanie dań świątecznych.

Muszę zdradzić tajemnicę. Nigdy nie piekłam makowca!!! Próbować też nie będę.

Chyba 2 lata temu, również nie dostało się makowca to tort napoleon/marcinka upiekłam. Ten tort znałam pod nazwą napoleon ale w rozmowie z przyjaciólką, dowiedziałam się, że ma drugą nazwę marcinek.

Dziś skupiona jestem na menu, niby tradycyjne, bez zmian, ale trzeba zrobić rozpiskę co w jakim dniu będę robić, po prostu ułatwie sobie życie. Syn już dziś zaoferował się kroić warzywa do sałatki jarzynowej, córcia też w czymś pomoże. Znajdę i dla niej zajęcie. MM upiecze pierś indyka z mojego książkowego przepisu i jak się da prace rozłożę na kilka osób.

Pierś z indyka na Thanksgiving była palce lizać. Chcę tak samo na święta!😁

Święta już tuż tuż……🎄🎄🎄🎄

Robi się świątecznie🎄🎄🎄🎄

Jestem zmęczona nawet nie wiem po której pracy tej co pozwala na zakupy i “rozpustę” czy tej w której się kurzy od zeschłych liści, czy też domowego kurzu. Nie ważne.. po pracy zawodowej czy tej na “polu”.

😁

Rozejrzałam się wokół. Chciałam na spokojnie zobaczyć, moje otoczenie.

Podoba mi się.

Prezentów wciąż przybywa😁 co mnie niezmiernie cieszy. Popakowałam już tydzień temu i prawdę mówiąc, nie pamiętam co jest w tych paczkach. Syn dokupuje, MM jeszcze czeka na dostarczenie. Ja jeszcze dokupie słodycze. Córcia z I zakończyli dokładanie prezentów? Oj chyba nie bo córcia zadaje dziwne pytania😁😁😁.

Jutro jadę po zakupy typu …coś na stół.

U mnie wszyscy zdrowi. Chociaż ostatniej nocy musiałam przyjąć coś od przeziębienia, telepało. Wyskakiwałam na zewnątrz poprawiać lampki, tylko w cienkiej bluzce, a u mnie nie jest gorąco. Wieczorami się ochładza np. dzisiejszej nocy będzie -3C.

Od jutra mam wolne. Będę szaleć w kuchni😁. Od zawsze uwielbiałam Boże Narodzenie.

Mając 14 lat chodziłam sama po śniegu na targ po choinkę. Mama moja przeważnie była chora, Tatuś w delegacjach, starszej było obojętne, młodsza za mała. Jak już umordowana ciągnąc i niosąc 3km po śniegu choinkę, nie miałam siły jej ozdabiać, siostry szykowały łańcuchy z kolorowego papieru, cukierkom w złotkach przywiązywały nitki, mamusia szykowała piękne świeczki z podstawkami na specjalnych klipsach. Pamiętam wieszaliśmy nawet małe świeże jabłuszka. W dzień wigilijny starsza recytowała wiersze o wilczku, ja śpiewałam a młodsza tańczyła. Otwieranie prezentów i oglądanie bajek z projektora. No, na to oglądanie to pół dzielnicy się zbiegało.

A wtedy śnieg był po pas. 😁

Mróz, nie trzeba było czekać na zamarznięcie ślizgawki całej nocy, 2 godziny i gotowe było lodowisko.

Ot tak mnie wzięło na wspominki.

Chcenie…

Chciałabym aby ten rok już się zakończył, teraz! natychmiast!

Bo mam nadzieję!!!!

Nadzieję na lepszy 2021!!!

Bo 21 jest po 20

I to ma być wybuchowo dobry dla wszystkich ludzi na tym świecie rok!!!

2 0 2 1 ma byc lepszy!

20 20 to stagnacja, zatrzymanie, niciość!!!!

Chyba i taki był. Covidy, wybuchy, strajki i jeszcze inne nie dobre rzeczy. Czekam na dobre, przyjemne, miłe.

Kurcze ale do końca tego byle jakiego roku jeszcze jest duuuużo dni!

Chciałabym te “drzwi zamknąć” i niech się dusi tam, za drzwiami, ten 2020. Szparki zakleję klejem budapremem (podobno był dobry), taśmą, zabiję gwoździami, a najlepiej to betonem zaleję.

Tak, tak, za dużo złego, tragicznego, niedobrego się wydażyło, że 20 20 jest znienawidzony.

Myśl pozytywnie!!!

Tylko jak można myśleć pizytywnie kiedy kamienie są uwiązane u nóg, rąk i szyji, ciągną na dno. Chyba tylko wiara w cud pozwoli się uwolnić.

Moim cudem jest!!!!!

2021

Bo do diabła!!!

W coś trzeba wierzyć!!!!!

Jeśli wszystko zawiodło!!!!

Pisałam coś….

o jakiejś nadziei. Jaką można mieć nadzieję i na co? Na jakie jutro? Po co się oszukiwać, po co udawać i zmuszać siebie do wiary na lepsze? Po kiego licha myśleć pozytywnie jeśli diabeł ogonem zmiata wszystkie pozytywy.

Z nadzieją na lepsze jutro

Nie zapaliłam dziś świecy.

Rozłożona jestem na czynniki pierwsze.

Nie mam siły wykrzesać z siebie nic po za postukaniem w klawiature iphona.

Cały dzień snułam się w pidżamie i lekkim szlafroczku po domu. Trochę podreptałam i znów do łoża.

Apetytu brak.

Pamiętałam, oczywiście że tak, tylko sama od kilku dni potrzebuję pomocy.

Mam nadzieję na lepsze jutro.

„Herbata ma gorzko-słodki smak, jak samo życie.” James Burnetti

Mogę powiedzieć, że byłam kawoszem. Świeżo mielona kawa pachniała w kuchni od samego rana. Wypijałam do 7-8 kaw dziennie. Nie narzekałm na problemy ze spaniem. Potrafiłam wypić kawę przed położeniem się do łóżka. Był okres, że kawę pijałam w filiżance, którą mam do dnia dzisiejszego. Wiele razy zastanawiałam się nad “przetransportowaniem” jej do obecnego mego miejsca zamieszkania lecz po zastanowieniu, została w Polsce. I co najdziwniejsze, już z tej filiżanki nie siorbie 😁 kawusi, będąc a polskim domu. Oczywiście były okresy kiedy nie tylko zmiejszyłam ilości wypijanych kaw, ale zrezygnowałam z delektowania się tym napojem na rzecz zdrowia maluszków w brzuszku.

Po jakimś czasie zrezygnowałam też z mielenia kawy, zaczęłam kupować kawę mieloną w opakowaniu. W późniejszym okresie weszły u mnie w użycie zaparzacze różnego rodzaju jak również tygielki. Nie były one modne w Posce lecz Turcja, Bułaria, była Rosja używały tygielków na co dzień. Kawa gotowana w tygielku nie traciła na wartości ale jeszcze zyskiwała na delikatności, zapach rozchodził się po całym mieszkaniu. Kawusię gotowałam jeszcze dzień przed moim zdarzeniem z ciśnieniem 😢

Jednak, wieczorami w okresie jesienno-zimowym lubiłam i lubię wypić herbatkę. Herbatkę rozgrzewającą, usypiającą, orzeźwiającą na deszczowe dni. Kupowałam i kupuję na wagę jak i różne gotowe mieszanki. Herbatki liściaste lubiłam najbardziej ale nie gardziłam “śmieciuszkami”. “Śmieciuszkami” nazywałam herbaty w torebeczkach. Obecnie świat się zmienił i można kupić dobre herbaty w torebeczkach.

Z uwagi na moje ciśnienie, zdecydowanie odstawiłam kawę. Patrzę na opakowania kaw stojące na półce i…. muszę zmienić szafkę dla tego rodzaju napoju☹️. Herbat mam bardzo dużo, zawsze gdy robię zakupy na amazonie, wchodzę na herbaty i wyszukuję coś nowego, lepszego. Ostatnio kupiłam Yerba Mate, no i ….. wczoraj zamówiłam specjalny kubek, rurkę i szczoteczkę do czyszczeni tej rurki.

Rytuał😁 jeśli tak można nazwać zaparzanie jest mi znany. Więc …. wkrótce owocowe i inne zielone zastąpię Yerba Mate. Nie znaczy, że nie wypiję jagodowej, orange & ginger, kiwi-poire względnie turmeric-mango czy irish breakfast decaffeinated lub też, najzwyklejszej zielonej liściastej.

“Twój los zależy od Twoich nawyków”. Brian Tracy

Życie to piękny teatr, niestety repertuar marny – Oskar Wilde

Dziś zmobilizowałam się, choć lekarstwa mnie osłabiają. Nie będę podawać cyferek jakie wyskakują na czytniku aparatu do mierzenia ciśnienia, staje się nudne dla mnie również. Myślałam, że wymycie lodówki zajmie mi około godziny. Nie trzeba było szorować, nikt nie pozalewał, kilkanaście kropek, nieznaczne ślady od buteleczek, butelek, kartonów i słoików.

Musiałam, przynajmniej mi się tak wydawało, że czas coś zrobić a nie, leżeć, odpoczywać od leżenia i po leżeniu, spaniu.

Powyjmowałam zawartość lodówki. No i … zmęczyłam się – odpoczynek. Mycie lodówki zajęło mi, nie wiele bo, 6 (sześć!) godzin. To się napracowałam. 😁 Jak tak to ma wyglądać, to malowania ja nigdy nie skończę szybciej się wykończę. Nie jest tak źle, bo dziś sześć a jutro może być pięć godzin. W końcu nabiorę wprawy i lodóweczkę, machnę w godzinę jak to kiedyś bywało. Najważniejsze nie poddawać się. Wyjęłam z lodówki zakwas żeby go dokarmić, to może chlebek jutro upiekę. Jeśli nie, to dokarmiony zakwas powędruje na swoje zimne miejsce. Będzie czekać na mój lepszy dzień.

Wiem, że będzie lepiej, bo łapię się na tym, że rozmyślam …co by tu zrobić, czym się zająć. Wprawdzie brak sił, ale….

to jest DOBRY znak!!!

Jaką niespodziankę masz dla mnie moj piękny DNIU ?

Wiele razy mówiłam, wspominałam, pisałam… nie lubię planować!!!!… teraz, nienawidzę planowania. Oczywiście, można jak najbardziej, zaplanować wakacje i trzeba. Wakacje przeważnie związane są z wyjazdem. Na wakacje planujemy remonty itd. Zależy od człowieka i zasobności jego portfela. Nie lubiłam i nie lubię planów krótkoterminowych. W moim przypadku nawet związanych z posprzątaniem domu, ugotowaniem obiadu, upieczeniem chleba itp. Zawsze u mnie coś się zmieni, coś stanie na przeszkodzie.

Czekałam na 2 dni wolne od pracy. Miałam pomalować sufit w gościnnej jadalni. Meble przykryte, podłoga również. Zamiast 2 dni wolnych, mam cały tydzień, którego nie wykorzystam na remont lecz na leżenie w łóżku.

Poniedziałek spędziłam w łóżku z powodu skoków ciśnienia krwi. Wtorek podobnie, po południu zostałam zawieziona na emergency z ciśnieniem 210/100. Przy tym ból głowy byl i jest nie do opisania. Pytają jaka skala bólu od 1-10 … nie ma żadnej skali …. 11!!!!… Trzymałam głowę oburącz aby mi nie zleciała. Momentami, gdybym miała coś ostrego to bym ją ucięła, żeby przestała tak okrutnie boleć. Z bólu płakałam a płaczu nie mogłam powstrzymać.

5 lat temu miałam tak okropny bół, gdyby nie MM wyskoczyłabym przez okno.

Podłączono mnie do aparatury, przyjeżdżano i odjeżdzano z różnymi maszynami. Pobrano krew i wstrzykiwano jakieś draństwa. Morfinę wstrzyknięto do połowy strzykawki, poprosiłam o zaprzestanie podawania. Moja rozmowa, moje ruchy nie był naturalne. Moje myśli nawet nie były moje. Nie byłam sobą i nie potrafiłam tego opanować. Zawieziono mnie do ogromnej maszyny ( na drzwiach napis molekularne i coś tam, w głowie dudniło, powieki same się zamykały ale wciąż chciałam mieć wszystko pod kontrolą, pytanie jaką kontrolą jeśli byłam jak flak). Poprzez dudnienie, piszczenie w głowie i już lżejszy ból, usłyszałam aby zamknąć oczy. Po co mam zamykać, jeśli nie potrafię ich otworzyć. Otworzyłam na chwilę aby ocenić sytuację, ogromna maszyna nadjeżdżała od tyłu na moją głowę. Zamknęłam oczy i tak leżałam na pół przytomna. Jak długo trwało, nie wiem. Czas gdzieś mi się zatrzymał i uciekł. Wróciłam do Room 20. Ponownie podpięto mnie pod kolorowe przewody, coś tam wstrzyknięto w żyły i poczułam się znów podle.

Dziś czwartek a ja wciąż czuję smak w ustach tych wszystkich medykamentów. Nawet długie czyszczenie zębów i języka nic nie pomogło.

Walam się w łóżku ogólnie już 4 dzień i po jaką cholerę ja planowałam malowanie w wolne dni od pracy, kiedy nie jestem zdolna iść do tej pracy. Powinnam być już w pracy od wczoraj a nie wiadomo czy będę mogła normalnie funkcjonować w poniedziałek.

Aha, ta ogromna maszyna nad głową, prześwietlała moje szare komórki, szukając pękniętych naczynek. Po raz DRUGI mi się udało.

Wyjeżdżając do URGENT CARE miałam 210/98. Kiedy dojechaliśmy było 210/100. Nie byłam kontaktowa, MM wszystko załatwiał. Odesłali nas do Emergency. Nie mogę opisać mego bólu i strachu. Klawiatura by sie zapaliła. Covid-19 a mnie wiozą na Emergency. MM podjechał pod same drzwi, podjechali z wózkiem, zmierzyli temperaturę, zdezynfekowali mi dłonie. MM udzielił odpowiedzi na pytania i został na zewnątrz. Zostałam sam na sam z machiną amerykańskiej służby zdrowia podczas panującego covid-19. W tym czasie na ile mój mózg pracował, dostrzegłam, że jestem jedynym pacjentem. Żadnych tłumów nie było przed wejściem ani wewnątrz. Wieziona na wózku, przez moje łzy i opadające powieki nie zauważyłam pacjentów.

Pielęgniarki oraz lekarze mili i cierpliwi. Ktoś powie, że tacy powinni być. Nie prawda, bo podczas drugiej cesarki, przez lekarza zostałam zwyzywana od idiotek i nie tylko, bo nie pozwoliłam aby swoje łapy wsadzał mi do wewnątrz i przekręcał dzidziusia bo dzidziuś ułożył się w poprzek brzucha. Przeżyłam upodlenie. To co piszą internautki jest prawdą, są też wspaniali lekarze jakich spotkałam podczas pierwszej cesarki.

Wszelkie procedury sanitarne (covid-19) na Emergency zostały zastosowane, opiekę podczas mego pobytu miałam wspaniałą. Około godziny przed wypisem, poproszono mnie o wstanie. Odłączono mnie od kabli, z pomocą pielęgniarki musiałam przejść się po korytarzu. Po spacerze ponownie trafiłam na łóżko i podpięta zostałam do aparatury. Znów mi coś zaaplikowani. W ten sposób zbito mi ciśnienie do 146/80.

Dostałam wypis, recepty i wszelkie instrukcje, osobiście od lekarza, mogłam się ubrać i wyjść na poczekalnię dla osób wypisanych. Czułam się jak zbity pies. MM poprzez zablokowane drogi nocą (remonty i budowy autostrad) jechał 30 minut dłużej, a ja położyłam się na kanapie, byłam niemiłosiernie osłabiona.

Od chwili wyjazdu z domu do momentu wypisu ciągle mnie mdlilo.

MM przyjechał, wychodząc rozejrzałam się wokół. Wszędzie pustki, żadnych tłumów chorych.

Podczas powrotu samochodem do domu musiałam wykorzystać worek plastikowy jaki był na tylnym siedzeniu samochodu.

Wczoraj mimo tabletek, ciśnienie skakało, najniższe 94/58 najwyższe 137/79. Takie skoki w przeciągu 1 godz. są wykańczające. Muszę nauczyć się z tym żyć.

Planować nie mogę, jeśli nie wiem co reszta dnia mi przyniesie. Będę żyć jak dotychczas, mam ochotę na sprzątanie, gotowanie, pranie, wyjście na yard to mam to zrobić i nie odkładać lub planować pranie jak uzbiera się chociażby pełen bęben bielizny w pralce. Jak się uzbiera to jest możliwe, że nie będę zdolna nawet przycisnąć przycisk uruchamiający pralkę.

Z natury jestem pełna energii i pomysłów, znów życie mnie zastopowało. Wiem, że powinnam się cieszyć, że ….

Ależ się cieszę!!!

Deszczowa sobota

Wczoraj przed deszczem zdążyłam zagrabić, posprzątać gałęzie po formowaniu krzaków itd…deszcz rozpadał się po południu, całą noc padał i dziejszy poranek.

Jeszcze w pidżamie i szlafroczku rozpoczęłam robienie ciasta na torcik i karpatkę. Torcik owocowy zamówienie MM , karpatka zamówienie syna.

Jeszcze dwie godziny do południa a ja mam upieczony rzucany biszkop i wszystko niezbędne do pieczenia i dokonczenia karpatki.

Dziś deszczowo na zewnątrz, wewnątrz będzie na słodko.

Masaż bezdotykowy

Dziś jak co drugi dzień, zrobiłam fizykoterapię. Na jej zakończenie stosuję ciepły masaż. Nie są to paluszki naszej Basieńki ale te kule uwierające moje plecki, również są pomocne.

Pierwszy i kilka następnych masaży zrobiła mi fizykoterapeutka. (Obecnie fizykoterapię wykonuję sama w domu)

Aby ktokolwiek mógł dotknąć mego ciała, muszę mieć ogromne zaufanie. Obce dotyki, głaskania i przytulania nie są dla mnie. Dobrze, że mamy wirusa, to nikt nawet ręki nie podaje. Nie lubiłam, właściwie unikałam męskich pocałunków w rękę. Na myśl o tym robi mi się nieprzyjemnie.

Po przeczytaniu Basi ostatniego posta, aż zachciało mi się udać na masaż do tej zmysłowej czarodziejski. Niestety wielka odległość nas dzieli. Ale mam zapisane w swoich szarych komórkach. Jak nie masaż to przynajmniej spotkanie przy kawie lub zielonej herbacie.

Zakończony masaż. Plecki rozgrzane, powolutku mogę udać się na swoje “pole”.

Poszalałam z grabiami na moim “polu”. Czasami, a może i częściej niż czasami trzeba zrobić masaż matce naturze. Ziemia nasza ukochana najpierw nas żywi a na koniec nas otuli, więc należy o nią odpowiednio zadbać. Masaż był 3godzinny. Nie oczekuję plonów, bo nie pora, masowałam z satysfakcją, że ONA potrzebuje czesania i smerania tam i ówdzie. A po masażu …. po masażu Ziemia otrzymała prysznic. Taki naturalny z chmurek!!!!

Co za radość i dla mnie i mego “pola”

Pada deszcz i pada…

Wygoniłam MM do biura. W planach miałam wymianę puszek i kontaktów elektrycznych. Bo….miałam wyłączyć elektrykę w całym domu a nie tylko na jednej kondygnacji. Tak dla bezpieczeństawa.

Pogoda szaro-bura i deszczowa to i z ciepłego łóżka nie chciało się wstawać. Prawie południe, w domu cichutko, bez pośpiechu wysunęłam z pod kołdry jedną stopę… no i jakoś poszło…. i poszłam do kuchni zrobić kawę i pieskom dać coś smakowitego. Oczywiście, że przewitały mnie z radością, jakże by inaczej. Pani w kuchni to wiadomo, że żarełko będzie. I kto to jest czyim właścicielem, kto kogo trenuje?

Nie ważne, jeśli obie strony są szczęśliwe.

Elektryki nie robiłam, dochodzi 3pm. Za późno na poważne prace.

O tej porze, można jedynie ułożyć papier kartonowy na podłodze. Szykuję gościnną jadalnię do malowania. Telewizyjny pokój odmalowany, wypoczynkowy również. Pozostała jadalnia i całkowity remont łazienki. Do indyka zdążę odmalować tylko jadalnię ale łazienkę zacznę po indyku i skończę już w nowym roku. Całkowity remont to znaczy całkowity z położeniem przewodów elektrycznych do lamp ściennych, nowe rury wodociągowe. Nad sedesem się zastanawiam, możliwe że spłuczkę zrobię ukrytą w ścianie. Podłogę drewnianą zamienię na płytki itd….MM jest w wielkim szoku, wyjścia i głosu to on wogóle nie ma. Postanowiłam i robię projekt. Tym razem projekt na papierze, a nie w głowie, wszystko musi być wymierzone i odpowiednio dopasowane.

A dziś, dziś w dalszym ciągu układam papier kartonowy a podłodze. Leniwie ta praca mi idzie.

Jaka pogoda taka praca.

Czy może zabraknąć łez

Zdarza się, że wszystko co mogliśmy zrobić, zostało zrobione.

W piersiach ściska, łez nie ma. Powinny lecieć jak błyskawica, szybko najszybciej. Płynąć jak bystra woda. Spadać jak wodospad po skałach.

Serce nie wytrzymuje i zamiast łez, ciśnienie krwi poszybowało do góry.

napiszę o (nie marzeniu) pragnieniu

normalnej rodziny. Dorastałam w szczęśliwej (można powiedzieć) rodzinie. Mamusia niepracująca, zajmująca się na co dzień domem. Tatuś pracujący lecz często wyjeżdzający w delegacje, mimo to zawsze znalazł czas dla swoich trzech córek. Czas płynął, aż stałyśmy się dorosłymi panienkami. Już wtedy zauważałam, że nie jesteśmy ze sobą blisko. Zabrakło między nami tego czegoś, co łączy i wiąże. Jako druga (średnia) siostra, krążyłam między starszą i młodszą. Starsza błąkająca się i gubiąca w swoich marzeniach, młodsza rozpieszczona do granic możliwości, uważała że jej się wszystko należy o tak. Pstryknąć palcami i się stanie niebo złociste. Rodzice mieli ogród przydomowy, pieliłam, sadziłam i cieszyłam się, że mamusi pomagam. Kiedyś wspominałam, że mamusia moja była i jest egocentrycznką, co nie przeszkadzało i nie przeszkadza mi, w okazywaniu miłości.

Żeby, nie mąż który pracuje po przeciwnej stronie korytarza w swoim biurze, płakałabym jak bóbr.

To Tatuś był tą osobą scalającą rodzinę, to on pochylał się nad zranionym kolanem i szorowaniem pleców. Często wyjeżdzaliśmy na wycieczki do lasów i nad jeziora.

Z chwilą kiedy Tatuś zmarł (bo nie odszedł, odszedł to znaczy że może wrócić)wszystko wywróciło się do góry nogami. Zmarł “dzięki” starszej i młodszej. Starsza spowodowała, że spadł ze strychu. Zabrała drabinę po której tam wszedł. Młodsza wykończyła Tatusia wyzywając od h… aż przepisał na nią swój dom (mój rodzinny), zostawiając sobie tylko minimalną część. Po otrzymaniu tego co chciała, młodsza czekała na śmierć swego ojca. Czy zaprzestała używać okropnych słów, nie.

Zasłużył na szacunek, zasłużył na miłość, której od dwóch córek nie otrzymał.  Trzeba znać historię rodziny, a tego nie da się poznać jedynie z literek, to trzeba przeżyć jak ja to przeżywam,  to jest mój ogromny ból, żal i tragedia.

Moja mamusia,  też nie zasłużyła sobie na takie traktowanie jakie w tej chwili otrzymuje. Młodszą z córek kochała bardzo, pyłki zdmuchiwała, nie powiem ja też … w szkole podstawowej na przerwach, biegałam i sprawdzałam czy nie dzieje się jej, żadna krzywda. Stałam na pół piętrze, na schodach i obserwowałam.

Nikt nie zauważył że rośnie samolób, człowiek bez serca, któremu będzie wszystkiego mało. Mieszkania, samochody, działki, dom już ma, zatraciła się w swoich majątkach. Jeszcze ja darowałam jej 25% domu piętrowego letniskowego,  po Tatusiu. MAŁO !!!!

Teraz za mało mamusinej emerytury. Z mamusią rozmawiam obecnie 2-3 razy w tygodniu. Poprzednio każdego dnia, stwierdziłyśmy, że potrzebuję ciszy i spokoju.

Chciałabym (pragnę)…..

aby moja starsza siostra, potrafiła rozmawiać, a nie krzyczeć. Przestała liczyć pieniądze które chciałaby wyszarpać od mamusi. Zeby zadzwoniła chociaż jeden raz na pół roku do mamusi. Nie zadzwoni. Mająteczku się chce.

aby moja młodsza siostra, przestała mamusię okradać, żeby dała mamusi trochę spokoju i chociaż raz na miesiąc normalnie spytała jak się czuje. Takie coś, nie nastąpi. Według niej, mamusia za długo żyje. Mamusia 13 września skończyła 91 lat i w dalszym ciągu dzwoni do mnie używając skypa, zainstalowanego w ipadzie.

A czego chcę dla siebie?

To co mam w zupełności mi wystarczy.

Jedynie chciałabym (pragnę) aby mój syn wyzdrowiał.

 

 

Żadne pieniądze świata, żaden majątek nie zrobi człowieka szczęśliwym, jeśli w sercu szczęścia brak. 

 

 

Umieranie w samotności

Zamieszczam link do artykułu, o umieraniu w samotności podczas wirusa.

Jest mi bardzo smutno, chciałabym nieba uchylić tym ludziom, moje niebo jest dziś zachmurzone i nieprzyjazne ludziom. Tym bardziej jest mi smutno.

https://tygodnik.polsatnews.pl/news/2020-04-17/bez-pozegnania-o-ludziach-umierajacych-w-samotnoscimoja-propozycja-ostatnie-pozegnanie-w-windzie-o-umieraniu-w-czasach-koronawirusa/

Chciałabym jeszcze zamieścić link do artykułu o umieraniu w samotności, którt pomógł mi zrozumieć samotnych i cierpiących starych ludzi. Pozwolił bardziej zrozumieć moją mamusię.

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/ludzie-najczesciej-odchodza-w-nocy/8cfm5qt

Jest mi bardzo smutno.