Bezowocny dzień

Do pracy nie pojadę, ktoś ma covida a ktoś podejrzewa. Nie lubię bezowocnego siedzenia, więc oczywiście znalazłam zajęcie. Na zewnątrz, po wczorajszej ulewie jest bardzo nieprzyjemnie wilgotno, postanowiłam nie wychodzić za drzwi. Chyba, że dom samochód i odwrotnie. A kilka spraw mam do załatwienia.

A jednak dzień mija mi bezowocnie, na czekaniu. W jednym urzędzie – czekanie, drugi – czekanie. Muszę z drugiego wrócić do pierwszego i czekać. Bezsensowny dzień.

Nic nie da się zmienić. Bezproduktywne czekanie.


Spokojny piękny poranek☀️

Jaki będzie cały dzień, nikt nie przewidzi. Możemy planować, zaklinać, oczekiwać lecz co się wydarzy, nie wiadomo. Nawet siedząc i nie ruszając się z miejsca, nie przewidzimy zdarzeń jakie mogą nas dosięgnąć. Dużo możliwości w zależności gdzie znajdujemy się w danym momencie.

Siedzę w swoim zielonym parku. Jest spokojnie jedynie z oddali słychać szum samochodów. Ptaki cudnie śpiewają. Wczesno-letnie kwiaty rozkwitają.

Wczoraj otrzymałam od córci piękną ikonę i święconą wodę. To był cudny podarunek/niespodzianka i na czasie. Ostatnie tygodnie były tragiczne, jest lepiej i wierzę, że będzie jeszcze lepiej. Bo kiedy opuszcza nas nadzieja, nie jest dobrze. A mnie opuściła, żebym poczuła ból w sercu, nicość i abym nie potrafiła nadzieją napełnić inne serce. Ponownie wraca we mnie życie i wiara. Teraz jestem ostrożna z tą nadzieją i wiarą. Boję się je mieć w sobie, bo może wszystko ponownie być zburzone. Znów będę musiała się odbijać od dna psychicznego i wcale nie dla siebie.

Dziś robimy grilla. Żeberka i burgery kupione. Po kiełbaski MM musi podjechać do sklepu. Zapomnieliśmy wczoraj je kupić.


Grilowanie udało się i nie udało. Przypłynęła chmura i lunęło deszczem. MM grilował pod parasolką ale z jedzonkiem przenieśliśmy się do domku.

Córcia w dalszym ciągu poszukuje domu. Niestety ale nie ma z czego wybierać, chyba że ma się około lub ponad miliona. Nie wolno zapominać o podatku od nieruchomości który oprócz spłaty kredytu porządnie trzepnie po kieszeni. Wieczorkiem potrzebowała porady odnośnie domu na który chciała złożyć ofertę o 50k więcej. Dom zbudowany w okresie produkcji i sprzedaży farb ołowiowych. Niebezpieczny i bardzo szkodliwy byłby ten zakup, mimo że dom od razu do zamieszkania. Nikt nie pozwoli skrobać ścian i robić badań farby, nawet badań minutowych i na miejscu. Nikt nie da gwarancji, że w pokoju badanym farba jesy ok a w innych jej nie użyto. Ruletka. Odradziłam, a dom z pięknym basenem. Nich ten dom zostanie gdzie stoi a córcia niech jeszcze z nami klka miesięcy dłużej pomieszka. Oczywiście, że chce iść na swoje, ale trzeba być bardzo ostrożnym przy zakupie.

Dała mi opcję, że kupi i wynajmie. Tylko, zaznaczyłam, że musiałaby ubezpieczyć się na miliony w wypadku zachorowania lokatorów. A wiadomo ameryka słynie z absurdalnych pozwów sądowych.

Więc, czekamy.

Szczęśliwy dzień

Nie pamiętam abym kiedykolwiek jakieś mniejsze lub większe problemy miała z powodu 13-go. Zawsze śpiewałam…

Może i z tego właśnie powodu nic złego mi się nie przytrafiało. Podobnie z czarnym kotem, śpiewałam i śpiewam…

Bo jak z taką ilością polskich przesądów dało by się żyć?

Jemioła, zbite lustro, nie witać przez próg, solniczka zawsze przykryta, odpukać w nie malowane, swędząca prawa ręka lub nos, machanie założoną nogą na nogę, gwizdanie w domu, buty na stole itd…żeby to wszystko spamiętać, wstawać z łóżka nie trzeba by było. A tu masz babo placek, wstajesz z łóżka i na lewą nogę, cały dzień na opak. Jeszcze trzeba na karcie kredytowej zliczyć jej numer jak wyjdzie na koncu zero to normalnie katastrofa, jeśli bez liczenia ostatnia cyfra trafi się zero…to niechybnie bankructwo.

Więc, (nie zaczyna się zdania od „więc” , mam to gdzieś. Kiedy czytam na popularnych stronach … ktoś spadł na pysk, a smutny redaktor miał na myśli pysk finansowy to płakać się chce. Język polski w obecnym czasie sięga rynsztoka z jednej strony, z drugiej zaś, angielszczyzna nas pochłania. Czy polak musi wymądrzać się tym, że zna języki obce? Tak, musi, dla szpanu, zaszokowania? Ale kogo? ) A więc, opijamy 13-tego i …powrót MM z Meksyku. Wcale, w kapeluszu meksykańskim po ulicach nie paradował, siedział w biurze meksykańskim przed komputerami i wieloma ekranami. Na tę/tą okazję pojechaliśmy do ogromnego sklepu monopolowego. MM nic nie kupił, no dobrze cocacole daietkę bezkofeinową, resztę ma w domowym barku. Latałam po sklepie ( w szpileczkach oczywiście, leginsach i bluzeczce obcisłej). Amerykańscy panowie nauczeni są czekania na kobietę. Jeśli moje „spacery” między regałami trwały godzinę, usiądzie ten mężczyzna i będzie czekał. Nie trwało godzinę, może z 30 minut. Nie mogłam się zdecydować. Kobieta zmienną jest przecież. Ostatecznie oprócz innych trunków wybrałam, to coś…

Wyprodukowane w USA, więc nie spodziewaj się polko/polaku, że ciebie zadowoli. Ale, wspieram amerykańską gospodarkę, wrzuciłam do wózka sklepowego. Wino miodowe!!! No cóż, kończę butelkę, ani w głowie ani w nogach. Mam nadzieję, że chociaż spać będę długo i smacznie. Wino miodowe kupiłam pierwszy i ostatni raz. Wypatrzyłam wino z Italii z 2012 roku tylko … czerwone, a ja nie przepadam. Mimo to następnym razem kupię. W tym sklepie jest cała alejka poświęcona 10-letnim winom importowanym z Italii.

Więc, (po raz kolejny) wypiłam 750ml wina miodowego. MM po spóbowaniu zaproponował wylanie go do zlewu. Powstrzymałam go, wino słodkie, a co słodkie, ja lubie. 😋

Mija 13-ty maja 2022 roku.

Ogólnie, ten dzień zaliczam do udanych.

I po…

świętach. Poniedziałek u nas jest dniem pracy. Mam wolne z uwagi na ciężki i długi dzień pracy w piątek.

Sernik z galaretką wyszedł mi wspaniały. W sobotę szykując świąteczne dania, upiekłam również ciasto z kremem, takie do szybkiego zjedzenia. Jeszcze tak lekkiego ciasta nie jadłam. Rodzina też była w szoku, ciasto o krem leciutkie/puszyste, rozpływało się w ustach.

Bardzo milusińsko spędziliśmy dzień świąteczny, szkoda że tak szybko minął.

Wielka Sobota🐣

Wczorajszej nocy do domu wróciłam przed północą. Nie byłam tak bardzo zmęczona jak myślałam. Wszystkie projekty zostały zapięte na ostatni guzik i z uśmiechem i śmiechem zamknęłyśmy drzwi za sobą, życząc wzajemnie spokojnych świąt.

Poranek przewitał mnie, dudniącym w rynnach deszczem. pigida będzie niezmuenna do poniedziałku włącznie. Chętnie bym święta spędziła na decku w blasku słońca i wielkiego księżyca. Niestety ale nie. Jeszcze w szlafroczku popijam kawę i układam plan od czego zacząć gotowanie i pieczenie. Galaretka owocowa potrzebuje czasu na stężenie. Więc do roboty!!!


Zanim rozpoczęłam prace kuchenne, musiałam przebrać cebulki tulipanów.

Zalegała w jadalni kuchennej sterta wyrwanych cebulek tulipanów. Proces gnilny cebulek już nastąpił. Obfite i dość częste opady deszczy całkowicie nie sprzyjają cebulkom. Ziemia przemieszana jest z piaskiem i kamyczkami lecz to nie zapobiega gniciu. Narcyze są bardziej odporniejsze i mogę je zostawiać w ziemi na zimę. Zimę, która tutaj jest polską jesienią. Podczas przebierania bardzo dużo cebulek musiałam wyrzucić, No cóż, wiosną ponownie kupię cebulki tulipanów. Nie jestem pewna czy te cebulko ktróre zaniosłam do piwnicy przetrwają do wiosny, jeśli nawet, czy będą na tyle silne i zdrowe aby zakwitnąć.

Galaretkę zrobiłam.

Sałatkę jarzynową z jajkiem i papryką i bez. Oczywiście, jak zawsze spóbowałam. Dodałam odrobinę soli i pieprzu ziołowego.

Próba sałatki była dużą porcją, że o kolacji już nie pomyślałam.

Następnie, zupa ogórkowa i malowanie jajek. Anek kupił mi farbki, nie muszę mazakiem szlaczki robić.

90% prac wykonanych.

Teraz tylko czekać na jutrzejszych gości.

Wszystkim spokojnych i pogodnych Świąt Wielkanocnych 🐥🌷

Wypieki

Dziś wypiekam.

Chlebek pszenny, ciasto w maszynie się kręci a później godzinne wyrastanie. Kajzerki już uformowane ale nie nacięte, wyrastają pod naciągniętą folią. Naciągnięta foli nie pozwala rosnąć im do góry i formować się w kulkę. Rosną na brzegi i podstawę bułeczki będą miały płaską. Podczas pieczenia jeszcze urosną.

Z rana padał deszczyk, prace na zewnąrez okazały się niemożliwe. „Zatrudniłam się” w kuchni. Bułeczki wstawione do piekarnika. Chlebek w maszynie rośnie. Nie wiem czy będę miał cierpliwość czekać po raz drugi na wyrastanie chlebka w foremce. Jednak odstawiłam chlebek do powtórnego wyrastania. Tylko 30 minut, a przecież przy wyrastaniu nic się nie robi. Stoi i rośnie.

Mięciutkie i smaczniutkie, najważniejsze, pachnące!!!!

Chlebek pięknie wyrósł aby uzyskać chrupiącą skórkę eksperymentalnie, posmarowałam: mąka+sól+woda. Po raz pierwszy to zrobiłam.

Oczekiwałam piorunujących efektów, nie powiem, nie zwaliło mnie z nóg. Po upieczeniu posmarowałam masełkiem, jak zawsze. Co kto lubi.

Czwartek na tym zakończyłam, choć cały dzueń miałam wrażenie że to sobota.

Za kilkanaście (11) godzin MM powinien wyleciec z Meksyku lecz wyniku testu na cowid jeszcze nie ma. Zgodnie z procedurami test należy wykonać nie wcześniej niż 24 godziny przed odlotem. Zastosował się do przepisów, czeka i się trochę martwi. Oby nie zatrzymal się tam na dłużej. Meksyk od jutra już świętuje Wielkanoc. A z tym związane są utrudnienia w załatwianiu wszelkich spraw, urzedy zamknięte i cały handel stoi, itd.

MM 5 h przed odlotem dostał wynik na covid. Negatywny.

Słowik

MM juz od poniedziałku w Meksyku/w pracy. Nie czuję za bardzo różnicy, ponieważ każdego dnia i ja muszę jechać do pracy. Jutro mam wolne ale za to w piątek skończymy kolo północy. Nie lubię prowadzić samochodu po zmroku, ale jak mus to mus. MM wraca w piątek, spotkamy się w sobotę. Po tygodniu pracy w domu wraca na tydzień do Meksyku.

Nie nie byłam w Meksyku, nie ciągnie mnie w niebezpieczne strony. Miasto w którym pracuje, podobno jest spokojne/bezpieczne a region jest bardziej offisowy niż mieszkalny. Na choryzoncie pojawia się wyjazd do Chin ale i tam nie zamierzam się pojawiać. Chciałabym zwiedzić Chicago. Jeszcze tam nie byłam. Nie ciągnie mnie do rodaków, w moim mieście jest też już ich duże grono. Chciałabym zwiedzić Chicago i tyle. A polacy są wszędzie, doświadczyłam wszystkiego co najgorsze od nich, więc nie tyle że jestem ostrożna, unikam. Słysząc ojczysty język, odchodzę. Nie potrzebuję nowych znajomości, mam pracę i rodzinę, to mi w zupełności wystarczy.

Tulipany powolutku przekwitają. Na ich miejsce posadzę naprstnice. Nie tylko ja uwielbiam te kwiaty, bąki, pszczoły i osy również. Nie pamiętam w którym roku ale przylatywały też kolibry. Moze w tym roku również mnie odwiedzą.

Tylko jeden raz w tym roku i odkąd tu jestem słyszałam śpiew słowika. Kazdego poranka i o zmierzchu nasłuchuję, niestety ale już nie śpiewa.

Przypominał/przypomina mi domu mojego tatusia na działce. Dwa kroki do pięknego lasu, gdzie zbierałam grzyby. Opieńki każdego roku obrodziły. Najsmaczniejsze były solone a później smażone. Samotnie wypuszczałam się w głąb lasu, słuchałam, szumu wiatru i drzew, przeważnie traciłam orintację. Kiedyś doszłam na cmentarz, na którym odnalazłam grób mojego brata stryjecznego. Jaka byłam w tamtym czasie zła na całą rodzinę, że te 10 minut nie poczekali na mnie i odjechali na cmentarz. Władek był najwspanialszym człowiekiem jakiego znałam. Był zapalonym inżynierem maszyn i urządzeń przemysłowych. Zawsze mieliśmy sobie wiele do powiedzenia, zawsze był temat do rozmów. Był o wiele lat starszy ale ani mi ani jemu to nie przeszkadzało. Zmarł wcześnie. Byłam wtedy w innym mieście o śmierci i pogrzebie dowiedziałam się w jednym dniu. Nie zdążyłam. Tak widocznie mialo być. Zachowałam jego w swej pamięci. Zachowałam w pamięci też jego młodszego brata Olka. Również wspaniały człowiek wykładowca na Politechnice Warszawskiej. Pamiętam jego żarty i jego wesołe usposobienie, to był cały Olek. Zmarł przedwcześnie.

Trafiłam na powrotną ścieżkę w lesie. Nie zabłądziłam.

Teraz nasłuchuję, słowik odleciał. Została tęsknota za tym co minęło a już nigdy, przenigdy nie wróci.

Barszcz

Obudził mnie zapach smażonego bekonu. Nie wyskoczyłam z łóżka, jeszcze przysypiałam. Wolno przecież, dzień wolny od pracy zawodowej. Ze względu na temperaturę panującą na zewnątrz 4C, mam wolne od pracy yardowej. Sprawdziłam na Ring co z MM się dzieje, odkryłam że już wrócił z bagelsami. Bagelsy lubię w weekend, najbardziej w niedzielę. Przy sobocie też mogą być. Jedyne bagelsy jakie mi odpowiadają są z Panera.

Bagelsy przywędrowały do Ameryki NY z Polski z żydowskimi emigranrami. Niektórzy mylą obwarzanki i cebulaki z bagelsami. Chyba dwa lata temu pojawił się obszerny artykuł w NYTimes o historii polskich bagelsów. Byłam bardzo miłe zaskoczona.

Próbowałam upiec bagelsy ale nie mogę pochwalić się sukcesem. Były zjadliwe ale nie na tyle żeby zamieszczać posta na blogu (a może zamieściłam o porażce kulinarnej). Czasu i pracy do ich wykonania poświęciłam dość dużo, wiem, że nigdy więcej nie będę próbować.

Śniadanie zagryzłam ciasteczkami serowymi (biały ser) w formie listeczków i ponownie powędrowałam do łóżka w celu schowania się w cieplutkiej pościeli.

Usnęłam, jestem pewna, że coś mówiłam przez sen, dobrze że w domu byłam sama. MM pojechał odebrać swoje lekarstwa.

Gotuję kiedy chcę i kiedy mam ochotę na gotowanie. Wypiekam podobnie, mam ochotę to piekę. Po przebudzeniu zachciało mi się zupy. Mimo, że nie miałm namoczonej fasoli. Zdecydowałam ugotować ją wcześniej przed wrzuceniem pozostałych warzyw. Gdy fasolka bulgotała, obrałam ziemniaki. Zaoach barszczu ukraińskiego unosił się w kuchni.

Do ciasteczek z serem, które wczoraj piekłam, użyłam sera ukraińskiego. Nie zrobiłam tego celowo, po prostu, przypadek. Oczywiście, solidaryzuję się lecz o histori nie zapominam.

Warzywa zawsze mam przygotowane zamrożone, oprócz ziemniaków. Moje gotowanie to jest przeważnie spontan. 😁 Święta zawsze wcześniej opracowane.

Barszcz ukraiński smaczniutki. MMa nakarmiłam. Gdy zupa gotowała się, MM kosił trawnik, a dziś zimy wiatr wieje. Nie zdecydowałam się na wyjście na zewnątrz. Żaden spacer i żaden wyjazd do sklepu.


U mamusi telefon wciąż wyłączony😪

Obym się myliła

Zasypiałam przy akompaniamencie grzmotów i błyskawic. Budziłam się prz uplewie. Deszcz przeraźliwie huczał i mruczał. Woda dosłownie lała się z nieba. Moje wczorajsze plany omal nie byłyby zrealizowane.

Poranna ulewa nie była zapowiadana przez synoptyków. Czasami zastanawiam się, że to jest najlepszy zawód jaki może być. Najbardziej nieodpowiedzialny, nikt do sądu nie pozwie, nikt nie ukarze, nie zwolni za popełnione pomyłki. Tłumaczeniem może być: aura pogodowa jest nieprzewidywalna.

Planowane prace na dziś w 60% wykonałam. Te 60% to była najgorsza robota. 40 to tylko kosmetyka, którą wykonam w sobotę. Nic nie planuję na jutrzejsze popołudnie. Nie wiem o której wrócę jutro do domu.

Tulipany powolutku przekwitają ale jest jeszcze dużo które dopiero będą kwitły.


Prace polowe zakończyłam dość wcześnie. Nie chce się przemęczać, boję się również kleszczy i pająków. Już coś mnie porządnie w 3 miejscach dziabnęło. Podejrzewam, że mrówka lub pająk.

Weszłam do wewnątrz. Gdy MM usłyszał, że jestem w kuchni to i on już leci. No i przyleciał. Tłok się zrobił, ja kubek wyjmuje to i on chce. Robię kawę to i on chce. Zacisnęłam zęby. Usiadłam w fotelu a on na poręczy kanapy, żeby być jak najbliżej.

No i zaczyna mi marudzić. Że musi jechać do starszej pomóc w tym , tamtym owantym. Że lepuej gdyby została w tym Utah itd. Więc, nie lubię wypominać ale tym razem musiałam. Jeszcze rok temu narzekał, że jego dziewczyny się rozjechały po ameryce i on czuje się samotny, że chciałby aby były bliżej itd. Gdy pomagaliśmy w przeprowadzce studziłam jego radość. Będziesz miał blisko starszą to i będziesz pomagać i psa pilnować. Zarzekał się, że napewno nie.

No i teraz ma swoją starszą i znów narzeka. Była daleko też narzekał. Pogoniłam go do pracy przy kompie a jechać i tak musi.

Biedny nie odezwał się, poszedł do swego biura.

Niestety starsza skończyła już 40tke i nic nie wskazuje na to, że rodzinę założy. Krąg jej znajomych to osoby o innej orientacji. Więc, nie ma szans, to pierwsze. Drugie, za duże wymagania w stosunku do przeszłego narzeczonego a taki chyba jeszcze się nie urodził. Tatuś musi pomagać i ja również, bo ona dopiero uczy się sprzątać. Z gotowaniem jest jeszcze w ciemnym lesie.

Ale ma chęci do nauki, więc widzę światełko w tunelu. Nie będzie źle.

MM jutro pojedzie i pomoże. Zakłada pomoc na 3 godziny a ja bym obstawiała trochę dłużej. Zmywarka nie działa, tv nie podłczone i kable zwisały do podłogi, półkę zawiesić, lunch zaliczyć. Wróci mój biedny zmęczony i wkurzony. Lepiej abym się myliła.

Butelkowa pogoda…

Drugi dzień leje deszcz. Żeby nóg nie zmoczyć przewidujący ludzie nakładali kalosze. Nie potrzebowałam kaloszy bo z samochodu do bydynku i z budynku do samochodu, to i nie potrzebowałam parasola. Chociaż parasol w samochodzie zawsze jest. Tylko ….. niespodziewanie dla mnie, postanowiłam zajechać do sklepu po pieczywo. MM w drodze powrotnej z GYM dzisiejszego poranka, nie zajeżdżał do sklepu bo była ulewa, ja ostatnio nie piekę chlebka, bułeczek, bagietek, mam piekarskiego lenia. Ale mówiąc szczerze, nie opłaca się, kiedy można w Walmart kupić świeżutką pulchniutką bagietkę za $1 plus tax to i tak $1.7. Mąka podrożała, nie będę wyliczać co jeszcze podrożało….bo wszystko ma wyższą cenę.

Nie mam też czasu na wypieki, zajmuję się sadzeniem, pieleniem, grabieniem, kopaniem i … tulipanów podziwianiem.

No tak, lało i to bardzo. Zaparkowałam i zaczęłam kombinować, co by tu zrobić aby stóp nie pomoczyć. Przefrunąć to mi się nie uda. Przebiec też nie, nie było pod sklepem wolnego miejsca parkingowego. Samochód postawiłam dalej. Chcę czy nie, trzeba tę odległość jakoś pokonać. Porozglądałam się po wnętrzu samochodu. Zawsze biorę ze sklepu dodatkowe reklamówki. Pakowacz pakuje do reklamówek a później w wózku układa, a ja hyc i biorę sobie więcej.

Patrzę, leżą czyściutkie i jeszcze złożone piękniutko. Włożyłam nogi do reklamówek. Doszłam do sklepu, zdjęłam wrzuciłam do kosza. Po zrobieniu zakupów. Zapakowałam nogi do nowych reklamówek i tak bezpiecznie doszłam do samochodu. Stopki miałam suchiutkie. 😁

Nikogo tutaj nie interesuje, jakie masz ubranie, jak wyglądasz. Robotnicy do pracy jadą w strojach roboczych, pielęgniarki, lekarze, recepcjonistki, pracownicy sklepów już w założonych fartuchach, biurowi juz z przypiętymi indentyfikatorami itd. Za dużo ludzi aby głowę sobie zawracać.

Nikt i na mnie uwagi nie zwracał, gdybym szła na bosaka to jestem pewna, że zwrócono by uwagę abym uważała na ewentualne szkło i kapsle. Inny świat i inni ludzie.

Gdy dojechałam do domu, już padał kapuśniaczek.


Rozpogadza się. Od jutra ma myć słonecznie.

Planuję prace polowe.

W moim ogródeczku….🌷

No właśnie. Jeszcze nie wiem jaki będzie ten poniedziałek.

Dopiero wypiłam poranną kawę. Jeszcze w szlafroku wyszłam na deck i oparta o balustradę podziwiałam moje bogactwo kwiatowe. A z każdym dniem tego bogactwa mi przybywa. Buzia się śmieje do widoków a z ust wydobywa się głośne szczęśliwe westchnienie. Jeszcze 2 lata temu pokazywałam (przez skype) mamusi, moje kwiaty. Cieszyła się patrząc, uśmiechała i podziwiała. Dziś tylko powiedziałam ciuchutko ….Mamusia, zobacz jak pięknie… Bo mam pięknie i to wszystko z pracy moich rąk.

Dziś mam wolne od pracy zawodowej. Na tę chwilę zostawiłam back yard. Wyszłam do front, bo o ta część yardu potrzebuje „dotknięcia”. Wspominałam kiedyś nie mam planów jako planu prac na papierze. Gdzie i kiedy i co posadzę, posieję. Co upiększyć lub dokończyć względnie, rozpocząć nowe prace. W trakcie prac mi tak jakoś wychodzi.

W niedzielę byłam u starszej córki MM. Poprosiła aby coś zrobić z jej mini ogródkiem. Nie wiel mi się udało ale z tego co było to wyczarowałam nawet przyjemny ogródeczek. Najważniejsze że się jej podoba.

Psiak znalazł sobie już miejsce. U mnie też zrobił sobie legowisko pod azalią. Teraz jak u nas przebywa to ma wydzielone miejsce do kopania, rycia i spania w ciągu dnia w innej częci ogrodu. Potrafi ryć bardzo głębokie jamy.

Jutro będzie padać, z moich zaplanowanych prac polowych nic nie wyjdzie. Po pracy będę odpoczywać, należy mi się.

Poniedziałek już się kończy. To był bardzo pracowity dzień, dał mi wiele radości.

What kind of people are they …

Dzwonić nie przestaję, mimo że wiem. że tel u mamusi jest wyłączony. Przykro mi, że mamusia czeka na mój tel. Zawsze przed telefonicznym rozstaniem, uprzedzałam …..jeśli nie będę dzwonić to nie znaczy, że Ciebie zostawiłam, mamusia pamiętaj, ja ciebie nigdy nie zostawię… mówiłam połykając łzy. Ten dzień nastąpił, aż trudno uwierzyć, że córka może tak życie uprzykrzyć swojej matce.

Za długo żyje.

Już porobiła plany remontu w mieszkaniu mamusi.

A stara nie chce z tego świata się zwinąć.

Jeszcze na początku marca zamawiałam online maść na kolana mamusi. Państwo Sz. Nie byli zainteresowani ani kolanami ani maścią. Po podmarowaniu kolan mamusia czuła wielką ulgę.

Po 6 marca zostałam odłączona. Jedyna osoba z którą namusia mogła porozmawiać została zablokowana. Mamusia żyje, ale w takich warunkach jakie fudnduje jej własna najmłodsza córka, włącznie z praniem mózgu, demencja się znacznie pogłębi a to nie znaczy, że umrze na pstryknięcie palcami jak Panstwo Sz. sobie życzą.

Mamusia umrze, a z nią emerytura mamusi, którą zabierają od marca 2020 roku. Emetytura jest w wysokości 2800zł. Do marca 2022 roku opłacałam mamusi gaz, którym ogrzewała swoje mieszkanie. Korytarz, kuchnia, łazienka i trzy pokoje. Opłacałam przez okres 12 lat. To była moja pomoc finansowa. To była pomoc dla mamusi ale nie dla Państwa Sz.

I tutaj jest pies pogrzebany. Moja pomoc się skończyła i Państwo Sz. z mamusi emerytury, od m-ca marca zmuszeni są opłacać rachunki za gaz. Zbuntowali się i wyłączyli mamusi telefon, za który mamusia co miesiąc płaciła i płaci, a z którego oni również korzystali. To jest kara za brak subordynacji z mojej strony.

Mówią… karma wraca. Kiedy i do kogo?

Moi rodzice nie zasłużyli na takie traktowanie.

Niczym nie zasłużyli.

Młodsza była rozpieszczona, ale my wszyscy ją ulgowo traktowaliśmy. Była nie tylko piękniutka ale i zdolniacha.

Starszej wszystko zawsze darowano. Wiedziała o tym i wykorzystywała. Nawet doszczętne rozwalenie tatusia samochodu jej się upieklo.

Ja byłam pomiędzy. Miałam swoje życie od najmłodszych lat. Żyłam jak to się mówi, po swojemu. Serce i logika mną kierowały i innego pomocnika do tego nie potrzebowałam.

Widziałam jak obie moje siostry wykorzystywały rodziców. Ale co mogłam na to poradzić. Moi rodzice kochali nas i oddali by wszystko aby córki były szczęśliwe. Tylko ja żadnej pomocy nie potrzebowałam. I nie potrzebuję. Nie stoję za plecami mamusi i nie żądam przepisania części milionowego domu na mnie. Bo za moją namową mamusia napisała testament na rzecz młodszej siostry. Byłam w Polsce w 2019 roku mogłam mamusie poprosić o zmianę testamentu. Tylko po co? Jestem szczęśliwa bez majątków, majątki nikogo nie uszczęśliwią jeśli w sercu ma się jad żmij.

Więc, Państwo Sz. otrzymają po śmierci mamusi te trzy pokoje z kuchnią, łazienką i korytarzem. Stracą emeryturę mamusi, a muszę zaznaczyć że sami są już emerytami.

Na zdrowy rozum. Powinni taką opieką otoczyć starą matkę aby jak najdłużej żyła bo …. siostry emerytura nie jest w wysokości 2800zł.

Wiem, że mamusia czeka na mój tel. Ja dzwonię. Nie rezygnuję. Mam nadzieję.

Dziś….telefon był wyłączony.

Może jutro mi się uda.

Po coś…

Podobno wszystko zdarza się po coś… abyśmy zauważyli, nadali czemuś znaczenia, się nauczyli, odnaleźli drogę do czegoś, stali się czulsi i wrażliwsi i spornieli.

To, po coś…. ma na wzmocnić, zahartować, pomóc w zrozumieniu, napawać nas smutkiem lub radością, zadać ból, dać nadzieję…….

Jeśli to, po coś, trzyma nas w stanie ciągłego niepokoju, strachu i innych uczuć, nie jest nas w stanie niczego nauczyć, dać wskazówki, wytyczyć drogi….

Po coś, traci znaczenie i narasta obojętność, złość z czasem nienawiść. Te uczucia nie doprowadzą do niczego budującego, wprost przeciwnie do zniszczenia.

Gdy czekamy za długo na ….po coś, następuje beznadzeja której droga prowadzi do nikąd.

Nie zawsze PO COŚ, jest po coś.

Oczywiście nie każde zdarzenie w życiu jest następstwem podjętych decyzji i nie zawsze prowadzi do pełnej szczęśliwości. Jest taki czas, że nie ma wyjścia lub go nie widzimy. Czasami można dostać wytrzeszczu oczu i go nie dojrzymy.

PO COŚ,

jest tylko magazynem naszych wszelkich zdarzeń i doświadczeń.

Moim zdaniem…

Podobnie jak wszyscy, śledzę sytuację na Ukrainie. Miałam cichą nadzieję, że szybko to się skończy. Wojska Rosji wycofają się i nastąpi spokój. Nadzieja legła w gruzach jak większość budynków na Ukrainie. W guzach legły marzenia ludzi którzy z nie własnej woli znaleźli się w obcym kraju. Gdzie witani są z otwartymi ramionami i secem. Tylko dla nich jest i będzie obcy świat. Kultura zbliżona do pplskiej ale jednak inna, różna. Nie widać możliwości na szybkie zakończenie wojny a sankcje nałożone na Rosję przez mocarstwa są jak zabranie zabawki małemu dziecku. „Dziecko”krnąbrne, uparte i nieugięte. Co dalej? Bez odpowiedzi.

Polacy w dalszym ciagu przyjmują uchodźców wojennych pod swój dach. W tym działaniu jestem bardzo powściągliwa. Nie ma jak na razie żadnych regulacji prawnych odnośnie osób przekazujących, pokoje, mieszkania i domy we władanie uchodźcom. Powstały przepisy odnośnie pomocy uchodźcom lecz żadnej ochrony obywateli polskich rodzin. Niejednokrotnie są to rodziny starsze, które posiadają jeden-dwa wolne pokoje.Prawo w tej chwili działa w jedną stronę. Przykładowo: przyjmuję rodzinę pod swój dach, odstępuję domek letniskowy z pełnym uposażeniem. Wojna trwa tydzień, miesiąc, dwa miesiące. Trudno będzie znaleźć pracę, matce z 2 małych dzieci i nie znającej języka polskiego. Kto przez okres mieszkania w domku letniskowym opłaci, wodę, światło, gaz, internet… kto da gwarancję, że ten domek, pokój odzyskawy w krótkim czasie. Nie stawiajmy sobie na wzór uchodźców z II WŚ. Inna mentalność, potrzeby i inna generacja. Kiedyś eystarczyła miska postnej zupy, wielka micha zimnej wody do pochlapania się i wiadro wody do wypicia. Spanie na słomie. Teraz: ciepły nie za zimny i nie za gorący prysznic, zupa -drugie danie -deser. Kubek kawy i do tego internet. Pampersy dla dzieciatka, podoaski dla mamusi i koniecznie zwierzątko w klatce. Spanie na łóżeczku.

To tylko przykład.

Ludzie są tylko ludźmi ale wśród nich różne charaktery. Lenie, złodzieje oraz te kreatywne. Jak wypędzić kenia z leniuszkami spod swego dachu, który o pracy nie chce myśleć i nastawiony na branie i branie.

Socjal to nie wypłata, dary to nie luksusy. Nikt o tym nie pisze i się tym nie zajmuje. A ja widzę wiele narastających problemów naszych rodaków i to w nie tak dalekiej przyszłości. Pamiętajmy, sądy są opieszałe.

Wszystkie regulacje prawne pisane i podpisywane na kolanie były, są i będą do poprawki. Czasami poprawki ciągną się latami i problemy szarego człowieka zostają pominięte.

To jest moje zdanie.

Nie musisz się z nim zgadzać.

Nie twierdzę też, że nie trzeba pomagać. Pomagajmy i żądajmy uregulowań prawnych od polskich rządzących.

22.02.2022

U mnie 2.22.2022. Dwójki powtórzą się za 200 lat. To będzie data 2. 22. 2222 za 4 generacje. Nie ważne czy wojny będą, krachy na giełdach, trzęsienia ziemi i inne kataklizmy, czas będzie mijać podobnie jak minęło 2.20.2020. Nas już nie będzie a nasze blogi coś innego zamieni.

Czas tylko będzie niezmienny. Możliwe że inne zegary będą go odmierzać ale CZAS zostanie i będzie tykać.

Od roku 1822 a więc 200 minęło, nie zmieniło się tak wiele

Warszawa-Belweder 1822 (zdjęcie z internetu: mapio.net)

Wydawany był także Kurier Warszawski. W 1822 roku uruchomiono w Warszawie pierwsze konne omnibusy.

Nie sądzę aby nastąpiły znaczne zmiany lecz kto to wie. Może być więcej sztucznej inteligencji i tak jak to chinczycy przewidują algorytmy zastąpią pracę prokuratorów i sędziów. Sztuczna niania popilnuje dziecko, a sztuczna macica to dziecko urodzi. Wszystko możliwe. Przecież nie tak dawno wynaleziono telefon bo w 1876 roku (146 lat temu) jest wciąż udoskonalany. W 1822 – urodził się nasz rodak który wynalaz lampę naftową. Oczywiście nasze życie jest skomputeryzowane i w zasadzie nie ma wiele rzeczy do odkrycia, więc postęp techniczny może również spowolnieć.

Nie wiemy i już się nie dowiemy w jakich warunkach będą żyć ludzie w 2222 roku.

Dieta bez cudów

W mojej kuchni od poranka zaczęto skanować kody na opakowaniach produktów, na zawartość w nich calorii tych dobrych i złych, cukrów i innych utrwalaczy. Nie rozumiem tej logiki, jeśli logika może być nie logiczna.

Wczoraj lodówki można było nie zamykać, aż uchwyty były bardzo upaćkane. Z 8miu godzin pracy, moze 3 były efektywne, pozostałe przestane przed lodówką. Miniony tydzień bez GYM.

Aż, tu nagle zryw!!!! Siłownia, liczenie kalorii, opowiadanie co, jak, ile. Koszulka zrolowała się na brzuchu jak u misia uszatka. 2X za małe, 3X jeszcze pasuje. Jeśli dwudniowe odchudzanie będzie polegać na liczeniu kalorii i nic po za tym, efektów po roku nie będzie, chyba że w tyciu.

Diety cud nie było i nie będzie. Każdy musi zbilansować swoją dietę ( co spożywa) do własnych potrzeb. Pracowałam z weganką, od „traw” można również utyć, jeśli będzie się jeść 24/24. Tylko silna wola, pomoże nam przymknąć usta na 3 smaczną kanapkę, następną czekoladkę itp.

Nie ma bardziej szczerej miłości niż miłość do jedzenia! 😂😂😂😂😂😂😂

Życzę spokojnego dnia

Walentynki

Pamiętam pierwsze Walentyki w szkole u dzieci. One miały frajdę, trzeba było kupić jakieś skromniutkie prezenciki np: jajko niespodziankę lub coś w tym rodzaju. To było nowe święto jakie dotarło do naszego kraju. Początki były w przedszkolach i szkołach i tak raczkowało aby urosnąć i wejść już w dorosłe życie w tej chwili.

W ameryce Walentynki obchodzą wszyscy, starzy i młodzi. Jadąc do pracy zatrzymałam się aby kupić Pralinki. Zanim dojechałam zjadłam połowę opakowana, to było moje śniadanie.

Po powrocie do domku czekała na mnie niespodzianka: zupka z Panera, torcik, kartka Walentynkowa i tulipany w flakonie. Poczęstowałam MM Pralinkami i buziaczkiem.


Tel. Od przyjaciółki z Kanady.

Nie chciałam zakłócać jej soboty i niedzieli najzwyklejszym blabla..o wszystkim i niczym. Ostatnio skupiam sie na cebulkach tulipanów ale ileż można tego słuchać.

Odbieram… tydzień temu dokładnie w miniony poniedziałek upadła na oblodzonym chodniku i pękła kość udowa bliżej biodra. Nie dzwoniła do mnie wczesnej, żle się czuła to mało powiedzieć, czuła się tragicznie, pomimo tony środków przeciwbólowych. Ale się ciesze, ma opiekę. Syn na którego pomoc nigdy nie mogła liczyć i mąż zdrajca, dają z siebie wszystko. Na prawdę się cieszę. Jutro wizyta u specjalisty, życze jej wszystkiego dobrego. Pamiętam, kiedy miałam pęknięta główkę ramienia, doktor powiedział że byłoby lepiej gdyby sie rozleciała. Długo dochodziłam do siebe. Terapię sama sobie zrobiłam i jest 100% sprawna, nie potrzebowałam terapeutów. Pacjent lepiej wie co mu daje ulgę, co mu pomaga, wystarczy jego nakierować.

Ot i wieczór walentynkowy jest na ukończeniu. Jutro zostaje w domu, nie musze zrywać się z łóżka skoro świt.

Noc jest dowodem, że dzień nie wystarczy.

(Elizabeth Quin)

Antique Market

Dawno temu, na pewno 10lat już minęło kiedy z MM pojechaliśmy na pchli targ. Więcej było tam pcheł i śmieci niż jakichkolwiekrzeczy nie nie kupienia lecz oglądania. To był mój pierwszy i ostatni raz. Parę lat temu dostałam od koleżanki adres do Antique Market. Nie spieszno mi było, sprawdziłam stronę nternetową i moge powiedzieć, że rewelacyjna ale nie miałam zamiaru czegokolweik kupować na jakimś markecie. Nie kupuję urzywanych rzeczy osobistych: obuwia, pierścionków, kolczyków, zegarków bransoletek, ubrania. Chociaż zdarzyło mi się kupić futerko krciutkie, które mi jakiś czas służyło. Sukienkę letnią – po tygodniu wyrzuciłam i sweter biały, długi, który przywiozłam do ameryki i bardzo go lubię. Nie kupuję używanych foteli, kanap i materacy.

Postanowiłam w końcu odwiedzić to miejsce. W jedną stronę 45 minut jazdy samochodem, powrotna droga w milach taka sama, czasowo dłuższa. Kupiłam jedynie tylko jeden kryształowy kieliszek. Spędziliśmy tam ponad 5h.

Sprzedawane były rzeczy używane i nowe. Piękne meble, obrazy, biżuteria złota i srebrna, dywany, zasłony. Chodziłam podziwiałam. Wrócę po dywan, nie są tanie ale …. chcę podobny jak moja mamusia ma w dużym pokoju, czerwony. Wrócę po zasłony i donice.

Wiosennie

Wczorajszy dzień nie należał do łatwych, mówię o pracy zawodowe. Zatrzymałam się na dłużej aby obgadać kilka spraw. Powrót do domu również nie należał do łatwych. Wszystki arterie i uliczki zatłoczone. Za późno było na sadzenie ostatnich cebulek tulipanów. Nasionka ostróżki i łubinu również czekają. Nie wygospoadowałam jeszcze miejsca na te kwiaty, które rosną dość wysoko ale coś tam mam w planach. Na zdjęciach z opakowania pięknie wyglądają, oby i na moim polu tak dostojnie się reprezenowały.

Zastanawiam się. Czy nie wysiać do wielkiej donicy.

Dzisiejszy dzień zawodowo będzie krótki. Wysokocze na pole i … będę się grzebać. Pogodę zapowiadają cieplutką 18-19C.

Refleksja

Aktywna zawodowo, yardowo i rodzinnie, zapominam lub też z braku czasu, o napisaniu w moim osobistym pamiętniku kilku zdań o wydarzeniach z minionego dnia.

Często krytykuję MM, jego starzenie się. A przecież starzenie się to nie tylko uśmiechy, to brak pamięci, powolność, marudzenie, niechęć, ból i strach…itp. Niby pamiętałam, widziałam, przeżywałam z innymi osobami w rodzinie i po za nią, a jednak zapomniałam. A może od MM zaczęłam na jego starość, więcej wymagać. Możliwe, że chciałam zagłuszyć widok starzejącego się człowieka ze swoim widokiem w lustrze. Nie wiem, trudno mi to ocenić. Wiem, że zaczęłam się od MM oddalać, kiedy on wciąż trwał i trwa przy mnie. Nie chciałam i nie chcę widzieć jego drżącej prawej dłoni. Udaję, że nie widzę. A przecież coś się dzieje. Myślę, że nie idzie do lekarza bo nie chce usłyszeć diagnozy. To jego prawo, prawo wyboru, które na siłę chcę zmienić. Zwracałam uwagę na pierdoły..stawianie brudnych butów na stół nie widząc, że dla mnie chodzi 2 km z ciężarami w plecaku. Drapaniu widelcem po talerzu, nie widząc jego bąbli na stopach. Niby takie drobnostki a ja właśnie do tych drobnostek zaczęłam przywiązywać większą wagę, zamiast podtrzymywać jego na duchu, dawać więcej zainteresowania. Nie, nie krytykowałam MM za jego zachowania: butów, skrobania widelcem, smarkania podczas obiadu itp. wychodziłam na tę chwilę z kuchni. Nie krytykowałam ale zmieniałam się w zachowaniu do niego. Nie kłóciłam się tylko uciekałam na yard, a tam budowałam sobie skorupę. Można mieć skorupę ale trzeba zauważyć drugiego człowieka. Stałam się skorupiakiem, widzącym tylko swoje potrzeby. Wygodnie było i jest kiedy udaję że nie widzę lecz moje i MMa starzenie sie włazi przez każdą naszą komóreczkę do środka nas. Jestem aktywna, pełna wigoru ale czy ta aktywność jest taka sama jak u 30tki?

Wiem, że muszę „przemeblować” swoje postępowanie, nastawienie, myślenie. Większą uwagę skierować w kierunku swego męża, bo przecież chciałam zestarzeć się z nim, a teraz uciekam. Przecież byłam i jestem, wyrozumiała, cierpliwa, delikatna ale…. coraz mniej w stosunku do MM.

W tym miejscu chciałabym podziękować Tara53, której ostatnia notka na blogu zmusiła do refleksji. Dziękuję Ci. 🌷🌷

Pogoda ducha

Cała prawda

Szukam kogoś, kogoś na stałe, na długą drogę w dal

Szukam kogoś, na życie całe na wspólny śmiech i żal

……

spiewała Urszula Sośnicka.

Ehhh

Nasze wyobrażenia o dalszym życiu. Nasze oczekiwania i marzenia, uleciały i pozostała proza życia. Wszystko co chciałm znaleźć u drugiego człowieka, znalazłam w sobie.

Mimo słoneczka zaglądającego przez szybę, dopadł mnie smutek porażki. A przecież wszystko przezwyciężam. Może to nie smutek porażki, jedynie zmęczenie, zmęczenie i wymordowanie psychiczne.

Moja znajoma ŚP. Sandra. Zostawiła swojego męża po 25 latach małżeństawa. Nie mogła znieść jego narzekania, braku choć jednego pozytywnego słowa, braku uśmiechu, po prostu braku życia w tym człowieku. Mimo wysportowanego ciała, wewnątrz ten mężczyzna każdego dnia ją dołował swoim pesymistycznym nastrojem, podejściem do świata. On zabierał jej radość aby samem żyć dalej. Ona była jego BATERIĄ. Odeszła. Wrócila jej radość i sens życia. Odkrywała każdy dzień na nowo a nie słysząc ….i jeszcze jeden następny dzień… wypowiedziany z niechęcią i nienawiścią do tego dnia że wogóle się rozpoczął, tak jakby on nie chciałby go przeżyć. Sandra była moją prawdziwą przyjaciółką, nie byłyśmy uzupełnieniem, byłyśmy jak jedność. Razem cieszyłyśmy się i płakałyśmy. Pocieszałyśmy się wzajemnie. Brak mi Sandry, brak jej uśmiechu, radości życia, chęci życia

Dzisiejszy dzień nie jest dla mnie, znienawidzonym dniem. To będzie piękny dzień i przeżyje z radością i uśmiechem. Wezmę z dzisiejszego życia co najlepsze i najpiekniejsze. Nie pozwolę aby ktokolwiek podpiął się i naładował, a na pewno nie pesymista.

Mroźna sobotka

Poranek przywitał przymrozkiem -2C. Nie wiem komu wierzyć, appce pokazującej -1 czy termometrowi -2C. Myślę, że to drugie urządzenie pokazuje prawidłową temperature. Bo z mego pola, appka łapie duży okręg.

Zamroziło

Wczoraj padało, rękawice zostały na podwórku i je zamroziło.

Zamroziło

Bardzo lubię wychodzić o poranku, jeszcze w szlafroku i kapciach, na „pole”, obejrzeć, popatrzeć, co nowego się pojawiło? Po wczorajszym deszczu, nic nowego. Deszcz wymył decki, chodniki i patia. Nie oznacza to że nie będzie potrzeb ciśnieniowe mycie. Jak co roku po ulewach, wszystkie mórki i chodniki, zazieleniły się.

Znów będzie roboty oj roboty. A MM jak zwykle …ja się nudze…..Bo i przestaje się już jemu dziwić. Ciśnieniowego mycia będzie na 3 dni po około 6h. Nie dziwie się też maszynom, że nie wytzymują tego napięcia pracy. W ciągu 6h pracy, przeważnie robię jedną 15-20minutową przerwę. Możliwe, że w tym roku będą przerwy dłuższe i praca przy myciu. Jakby nie było, ale lat przybyło.

Dziś wolna ale mroźna sobota. Co z nią zrobić aby nie zmarnować, jeszcze nie wiem.

Kolekcja

Mam kolekcję zestawu sól i pieprz. Nie jest to kolekcja historyczna, antyczna a współczesna. Kupuję na wyjazdach lub sklepach internetowych. Mój „skarb” musi mieć to coś co zachęci mnie do zakupu. Ostatnio zakupiłam dwa zestawy.

Made in Japan

Zestaw jest właściwie jedynie do kolekcji, za mały do używania. Urzekła mnie łódka a na niej kontenery.

Made in Mexico

Zestaw świątecznych pisanek, można pistawić na świątecznym wielkanocnym stole. Podobaja mi się.

MM nazywa to zbieraczami kurzu, niech i tak będzie ale … wszystko co w domu posiadamy można podciągnąć pod określenie „zbieracz kurzu”.

Dom bez rzeczy nie jest domem, jest tylko pustym pomieszczeniem.

2/2/2022

Data jak data. Nic szczególnego się nie wydarzyło. Po pracy, wsadziłam worek tulipanów do ziemi. No nie worek ale tulipan każdy z osobna brałam z tego worka. Wogóle to zrezygnowałam z wyjścia na pole, ale MM tak mnie wnerwił, że potrzebowałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Sta i tak bez namiętnie oddychać to ja nie potrafię. Wzięłam więc ten worek z tulipanami i poszłam na to pole. Upychałam juz jak popadnie, bo i złość i rezygnacja ze wszystkiego mnie dopadła no i kilka łez, potoczyło sie po policzku. Jaka to ja jestem nieszczęśliwa, zmarnowałam sama sobie życie, mam tego dość, wracam do domu, i takie tam códa niewidy. Jak już w worku nie było cebulek, rozum wrócił na miejsce, łzy otarte no i lekka i wesoła weszłam do domu.

I czego ja tak się wnerwiłam? MM jest raczej facetem nie ociosanym, nie oszlifowanym, toporny ten facet ale z dobrym sercem. Tylko, że jest ciężko starego faceta wychowywać i w nieskończoność tłumaczyć. Po 15 rocznicy ślubu zaprzestałam tłumaczeń i wychowywania. Zdrowie na tym straciłam, to nie znaczy, że teraz nie tracę. Ale żyć się da, mam swoje pole na które uciekam w razie „awarii” domowej

W tej chwil pada deszcz i to mnie cieszy ponieważ moje tulipany potrzebują wody, krzewy i drzewa również. Jutro wyjdę jeszcze na pole od frontu mam chyba 100 lub więcej cebulek do posadzenia. Poupucham wszędzie gdzie się da. Zonkile też czekają na posadzenie.

Ogólnie to u mnie wiosna, Snieżki już wschodzą, Mam żonkile wieloletnie w kilku miejscach, już pokazały sie pąki.

Będzie na moim polu znów cudnie jak każdej wiosny.

Liściowe złotko

Upchałam w ziemi 300 cebulek tulipanów. Zostało mi na jutro 4 worki. A pogodę zapowiadają, cieplutką i słoneczną, to po pracy zabiorę się do roboty. Jednak miałam rację z zakupem cebulek wczesną (u mnie) wiosną. Gdy kupowałam jesienią, po przebraniu połowa z nich była gniła lub wyschnięta. Z tych 300 cebulek, tylko jedna cebulka była sucha.

W weekend zamówimy korę. Jeszcze musze policzyć ile worków. Ostatnio keżała u mnie brązowa, chciałam odmiany ale jednak wrócę do cyprysowej i czerwonej. Ciemna brązowa szybko blaknie. Krzewy przycięłam późną jesienią, to chociaż ta praca mi odeszła.

Jeszcze mam sporo liści. U mnie zmieniono odbieranie śmieci, podobno ze względu na covida a ja myślę, że ze względu na koszty. Odbierają tylko jeden pojemnik bez sortowania. Nie jeździ już drugi samochód po sortowane. Mam w kuchni dwa pojemniki i w dalszym ciągu sortujemy ale wrzucamy do jednego dużego zewnętrzego pojemnika. Bezsens. Teraz nawet liści nie zabiorą, zmiana do odwołania. Liście będę zbierać pod drzewami w swoim lesie. Już sprzątać ich nie będę. Też mniej pracy do wykonania. trzeba będzie tylko przelecieć się kosiarką j je rozdrobnić. Z ładnego, czystego osiedla zrobi się zaniedbane osiedle. na moim osiedlu każda działka ma drzewa, nie jedno i nie dwa. Każda działka ma liście. Jak będzie z tym „liściowym złotem” ? Pożyjemy, zobaczymy.

Ostatni dzień stycznia 2022 roku

To był dobry dzień. Poranek nie należał do przyjemnych ale biorąc pod uwagę cały dzień, to mogę powtórzyć. To byl dobry dzień.

Znów planuję na jutro. Zapowiadają ładną pogodę, to ja siup na „pole”. Pracuję w tym tygodniu w kratkę to trochę wolnych godzin będę miała. T

Trzeba posadzić będzie tulipany, narcyze i żonkile. Zagrabić lub liście ostatnie podmuchać.

Syn ma urlop. Ten urlop po chorbie nastroił go na zmianę pracy. Applikacje składa, interview intrnetowo już ma za sobą. Dziś pojechał na rozmowy osobiście. 10 lat minęło w jednej kompanii. W ameryce tak długo nie pracują w jednym miejscu. Powiedział, że musi zmienić wszystko. Jestem za. Jutro po urlopie do starej pracy, ma mieszane uczucia. Sercem już czuje, że to nie jego. Przez 10 lat oddawał serce i duszę, nie to że niedoceniali, ma po prostu dość. Ludzie wokół niego się zmieniali, a on trwał. On jest z tych trwałych związków, po grób. Cieszę się że zdecydował się na zmianę. Córcia też jest w szoku.

Dlatego, nigdy się nie zakładam.

Ciąg przykrych zdarzeń/ Dzień wiary

No bo dopiero dziś po południu uporałam się z wczorajszym emailem. Musiałam wiele rzeczy jeszcze dopracować.

Wysłałam, więc już nic nie tylko nie zmienię ale i nic nie zepsuję.

Zepsułam co innego.

Dosłownie przez pomyłkę, nieuwagę, wykasowałam swoją domenę

potoaby.blog

Teraz zostało jedynie potoaby.wordpress.com

Moja domena traci ważność któregoś lutego i chciałam przedłużyć korzystanie na następne lata, ale zafrasowana czym innym, kliknęłam i to nie jeden raz i …..wykasowałam. Nie ma niestety możliwości powrotu do domeny z pozycji bloga. Napisałam emaile o pomoc w 3 miejsca do worpressa. Oczywiście wszystko ma swój czas i w tym przypadku, rozumiem. Tak pomyślałam,  jeśli się nie uda to coś innego wymyślę.

Ogólnie to miałam spokojną niedzielkę ze spokojną muzyczką w tle. Ostatni przestawiłam się na relaksującą muzykę instrumentalną.

Bardzo pomaga sie wyciszyć.

Jest po czym. Wczoraj zepsuła sie pralka. No i oczywiście problem powstał. MM nie jest z tych złota rączka raczej dwie lewe rączki i ze szklanki wody zrobił ocean. Wczoraj jedynie poodsuwałam urządzenia ale nie zdecydowałam się sprawdzać, w czym jest problem. Dziś o poranku, zabrałam sie na serio do szukania powodu nie pobierania wody i jej nie odprowadzania. MM chciał być mądrzejszy od wszystkich, więc kazałam wyjść z pralni zamknąć buzię i drzwi. Oj, widział, że to już nie żarty, więc nieposieszony wyszedł. Odpręciłam przewód pobierający ciepłą wodę, zimną również. Przewody skierowałam do dużego wiadra i odkręciłam kraniki. Woda poleciała a więc rury nie były zamarznięte. Pozostała rura odpływu. Wyjęłam ją z podłączonej drugiej jury i wlałam w odpływ zewnętrzy gorącej wody, zabulgotało, więc wszystko ok. Filtr sprawdzony został wczoraj, był czysty.

Moja rola złotej rączki skończona. Włączyłam pralkę i usłyszałam ten sam odgłos. Pralka próbowała nabrać wodę i bez względu jaką ciepłą czy zimną, nie dawała rady, motor bardzo się męczył. Z tego wynika, że motory siadły i do wymiany. Ja tego już robić nie będę do tego trzeba fachowca.

MM jutro zadzwoni po fachowca i naprawę opłaci. Jak widac na coś się przyda ten mój MM.

Moje pranie od wczorajszego ranka leżało w pralce. Wyprane bo jeszcze działał pralka, zatrzymała sie na wirowaniu. właściwie wirowania nie było tylko na czytniku wyświetlało się wiruje. Było 10 minut od ostatniego szybkiego spojrzenia, wróciłam po pół godzinie , pozostało jeszcze 9 minut ale wszystko drętwo leżało zanurzone w wodzie.

Wykręciłam pranie ręcznie, część wyniosłam i powiesiłam na barjerkę na zewnątrz, lżejsze włożyłam do suszarki.

No momentu ułożenia swego ciała na łózku i przykrycia nustwem kołderek i elektrycznego koca, nic się ani złego ani dobrego nie wydarzyło.

Teraz gaszę swiatło.

 

_______

Syn napisał mi smsa:   TO JEST DZIEŃ WIARY

 

 

 

Komputerowy kapuśniak

Pół dnia siedziałam na redagowaniu emaila, z paragrafami, przepisami i cholera go jeszcze wie z czym. Zapisałam no zapisałam, i ….szlag go wziął. Dosłownie sekunda i miałam go wysłać. Nie wysłałam, wcięlo tak, że wykasowało!!!! Dobrze, że szczątkowe paragrafy zapisałam w notatniku. Nie, że byłam jakaś nierozgarnięta, każdy klik na klawiaturze był przemyślany. Cały dzień ciężkiej pracy na kompie, kliknęłam sejwuj!!!! Nie powiem brzydko … kilka godzin pracy poleciało w kosmos. Byłam wściekła, że nie przesłałam na adres pomocniczy. No coż, mgła mózgowa.

Ale co mi się udało, to się udało. Kapuśniak!!! Taki smaczny, że …a może po prostu byłam głodna. Ale domownicy chwalili. 😋

Jak by co to proście o przepis😁